Na sobotę Chesterton: Filozofia wysp

Przypuśćmy, że podczas jakiejś planetarnej koniunkcji spadłaby na naszą Ziemię z Marsa istota o kształtach kompletnie obcych i nieznanych, tak że wszystkie nasze domysły na temat jej struktury z konieczności błądziłyby we mgle, bo nie wiedzielibyśmy nawet, gdzie kończy się istota, a zaczyna się jej strój. Byłoby, owszem, widać, że posiada u góry sześć czerwonych wypustek, ale nie mielibyśmy pojęcia, czy to przyzwoite marsjańskie nakrycie głowy, czy może sama głowa. Ogon kończyłby się trzema żółtymi gwiazdkami, ale trudno byłoby się domyślić, czy to element marsjańskiego rytuału, czy po prostu element ogona.

No cóż, taką nieznaną istotą od początku świata jest człowiek. Ludzie nigdy nie mogli się zgodzić, co należy do jego własnej natury, a co jest w nim sztuczne i przypadkowe. Myśliciele wyrażali na ten temat po kolei przeciwstawne poglądy, wskazując jako naturalną ludzką przynależność różnorodne elementy całkowicie ze sobą sprzeczne. Jedni twierdzili, że to naturalne, gdy człowiek modli się do Boga; inni byli zdania, że człowiek w stanie naturalnym jest ateistą; jedni myśleli, że tyko picie wody jest zgodne z ludzką naturą, inni uważali, że zgodne z naturą jest też picie wina; jedni głosili, że ludzie z natury są równi, inni upierali się, że natura stworzyła ich do nierówności; jedni sądzili, że człowiek wykazuje przyrodzone posłuszeństwo wobec władzy, inni – że człowiek z natury swej musi zabijać królów. Rozbieżność jest tak wielka, że można się zastanawiać, czy nie ma w człowieku wielu cech rzeczywiście przyrodzonych, obserwowanych wcześnie i wyraźnie w każdej normalnej ludzkiej istocie, lecz nie przejawiających się w jej późniejszych poczynaniach. Być może istnieją takie chorobliwe skazy umysłu, które wracają z niezmienną regularnością i świeżością, jak kwiaty na wiosnę, i takie mroczne przesądy, których mrok jest równie zdrowy, jak ciemność, zapadająca każdej nocy nad wszystkim, co żyje. Być może jakieś cechy zasadnicze dla ludzkiej kondycji uznajemy za wyjątkowe i nadzwyczajne, całkiem jakbyśmy uważali słońce za kometę wieszczącą nieszczęście.

Mamy chyba skłonność, by dystansować się od tych przyrodzonych rudymentów, gdyż na ludzi najbardziej naturalnych patrzymy jak na gobliny. Można dla przykładu wskazać trzy klasy osób, które są stosunkowo bliskie podstawowym żywiołom naszej natury: są to dzieci, ludzie bardzo ubodzy i do pewnego stopnia, w sposób bardziej zagadkowy i budzący lęk, również kobiety. To dlatego już od zarania sztuki literackiej mężczyźni piszą o kobietach, jakby były mniej lub bardziej szalone. Kobiety są po prostu naturalne, podczas gdy mężczyźni, z ich formalizmem i teoriami społecznymi, są bardzo sztuczni. To samo dotyczy dzieci. Dzieci to po prostu takie istoty ludzkie, którym wolno robić coś, czego tak naprawdę pragną dorośli – na przykład puszczać latawce, albo, kiedy zostaną skrzywdzone, wydawać przez parę minut przeciągły i głośny krzyk. Natomiast jeśli chodzi o człowieka ubogiego, jest to po prostu osoba, która przeznacza na przyjemności dla siebie i przyjaciół mniej więcej taki sam  procent swoich dochodów, jaki osoba bogata przeznacza na restauracje i taksówki, to znaczy, dużo więcej niż powinna.

Jednak nie zajdziemy daleko w naszym zrozumieniu dla dzieci, ubogich i kobiet, dopóki nie przestaniemy o nich mówić, jakby chodziło o dziwaków, których nijak zrozumieć się nie da. Nic podobnego. Skoro o tym mowa, to raczej my jesteśmy zanadto zdziwaczali, by ich pojąć. Człowiek ubogi, taka już jego osobliwa przypadłość, jest z definicji kimś, kto ma niewiele pieniędzy. Ale słysząc, jak rozprawiają o nim ludzie z organizacji dobroczynnych, można pomyśleć, że to rodzaj kangura. Dziecko to istota ludzka, która jeszcze nie urosła. Sądząc jednak z tego, co piszą o nim teoretycy edukacji, musi to być jakiś słabo znany głowonóg. Zaś w wypadku kobiet sprawa robi się jednocześnie bardziej skomplikowana i bardziej oczywista. Starożytni stoicy i przedstawiciele wczesnego Kościoła mówili o nich zbiorczo, jakby chodziło o instytucję, i często dochodzili do wniosku, że przydałoby się tę instytucję zlikwidować. Na tej samej zasadzie współczesne feministki mówią zbiorczo o mężczyznach, jakby chodziło o instytucję, i zwykle dochodzą do wniosku, że trzeba tę instytucję obalić. Pozostaje więc tylko nieśmiało zauważyć, że ani mężczyźni, ani kobiety nie są instytucją, lecz różnorakimi stworzeniami, całkiem naturalnymi i spotykanymi dosłownie na każdym kroku.

Patrząc na dziecko jako na okaz ludzkiego zwierzęcia, nieskażonego wpływami kultury, zobaczymy, że najpierw, i bardzo wyraziście, pojawiają się u niego te właśnie cechy, które, wedle nauk świeckich myślicieli, są wyrafinowanym skutkiem przerostu cywilizacji i zgodnie z oczekiwaniami powinny się pojawić na samym końcu. Dziecko posiada na przykład upodobanie do zawiłych i powtarzających się ceremonii, które jest tak instynktowne, jak fizyczny głód; maluch doprasza się rytuałów jak jedzenia i picia. Mimo to, cała masa ludzi sądzi, że rytuały i wszystko inne, co nazywają zabobonem, to element całkowicie sztuczny. Tacy ludzie myślą, że trzeba było władzy kapłańskiej czy innego celowo narzuconego systemu, żeby zakreślić granice, nazwać jeden uczynek praworządnym, a inny nielegalnym, uznać jeden kawałek gruntu za święty, a inny za świecki. Trzeba było jakiejś potężnej zmowy, jakiegoś spisku możnych, by wmówić prostaczkom, że jedno pole, miasto czy naród różni się czymś od drugiego. Jest przeciw tej opinii prosty argument. Wystarczy zapytać takiego człowieka, najlepiej konspiracyjnym szeptem: Czy jako dziecko próbowałeś stawać na co drugiej płycie chodnikowej? Czy ktoś ci to siłą narzucił? Czy uważałeś to za sztuczny, odgórny zabobon? Może jakiś kapłan chyłkiem o północy oznaczył tajemnymi symbolami płyty, po których wolno ci stąpać? A może ty i inne dzieci baliście się, że jeśli tego nie zrobicie, zostaniecie poddani torturom albo spaleni na stosie? Kościół wydał pewnie bullę Quisquam non chodnikante?

Nie! W tej sprawie, w której mieliśmy prawdziwą wolność, sami wymyśliliśmy sobie niewolę. Prawda, z wielkim naciskiem wypisana na chodniku, przedstawia się tak, że w systemach liberalnych i wolnościowych sami instynktownie szukamy ograniczeń. Stawialiśmy sobie granice z taką ochotą, że nieraz robiliśmy to kompletnie na chybił trafi ł, jakby narzucanie sobie ograniczeń było jedną z przygód młodości.

Niektórym ludziom chyba się wydaje, że wszystko w dziejach ludzkich religii było wymyślane przez urzędników i hierarchów. Tymczasem jest najbardziej prawdopodobne, że takie rzeczy jak kult dionizyjski albo kult dziewictwa zostały niemal całkowicie wmuszone kapłanom przez lud. A gdyby dzieci miały władzę ustawodawczą, ich chodnikowa religia też pewnie zostałaby powszechnie uznana. Nie ma powodu, aby ulice, po których chodzimy, nie były ozdobione kolorowymi symbolami, upamiętniającymi zabobon normalny i zdrowy jak sam świat.

Jaka idea, będąca częścią ludzkiej natury, stoi za tym niemal automatycznym rytualizmem? Człowiek zawsze instynktownie wyczuwał, że aby coś określić, należy to wyodrębnić. Sztandar może być sztandarem, jeśli różni się od pozostałych; naród staje się narodem, kiedy jest otoczony przez inne narody; bohater jest bohaterem, jeśli przed nim i po nim kroczą ludzie nie wykazujący bohaterstwa; linie dzielące płyty chodnikowe są liniami, ponieważ nie są płytą chodnikową.

Dwa inne oczywiste przykłady tego instynktu to odwieczna poezja wysp i odwieczna poezja żaglowców. Okręt, jak Argo czy Fram [1], jest dla ludzkiego umysłu czymś cennym, ponieważ jest wyspą, to znaczy przechowuje na swym pokładzie, oderwane od lądu i unoszone pośród bezkresu nieprzyjaznych żywiołów, ludzkie mienie, prawa i rzemiosło; przechowuje narodowe skarby, klasy społeczne, sklepy i ulice, a wszystko to trzyma się razem, lgnąc kurczowo do niepewnych masztów. Wyspa, jak Itaka czy Anglia, jest cenna w ludzkim umyśle, ponieważ jest żaglowcem; ponieważ może znaleźć się osamotniona, zdana tylko na siebie pośród rozległych wodnych pustkowi; ponieważ jej lasy, gaje i pola uprawne mogą zostać policzone jak skrzynki towaru albo sztabki złota; ponieważ lśniące najczystszą bielą i tchnące najprzenikliwszym zimnem śniegi na odludnych wierzchołkach jej gór to srebrzyste fl agi, które powiewają ze znajomego masztu, a najgłębsze i najbardziej nieludzkie kopalnie węgla czy ołowiu pod korzeniami ziemi to całkiem konkretne puszki z zapasami, upchnięte w magazynie na najniższym pokładzie.

Ten prawidłowy artystyczny stosunek do odrębności mocno ucierpiał wskutek nadużywania słów takich jak „nieskończony” czy „niezmierzony”. Owszem, można tych słów używać w sferze religii, bo religia z samej swej natury opiera się na paradoksach. Religia mówi o tożsamości, która jest nieskończona, tak jak mówi o tożsamości, która jest jednością i zarazem trójcą, a mogłaby równie dobrze i zasadnie mówić o tożsamości zarazem białej i czarnej. Dawni mistycy głosili, że możliwe jest istnienie bez końca lub szczęście bez miary, i dźwięczała w tym celowa nuta bojowego wyzwania, jakby opowiadali o ptaku bez skrzydeł albo o morzu bez wody. I mieli tu rację, filozoficznie biorąc, o wiele większą, niż świat gotów jest dziś przyznać, bo w miarę zbliżania się do leżącej w samym jądrze prawdy wszystko staje się coraz bardziej paradoksalne. Jednakże z punktu widzenia zwyczajnych celów artystycznych i zwyczajnej wyobraźni nie można powiedzieć nic gorszego o dziele sztuki, niż to, że jest nieskończone. Być nieskończonym, to znaczy być bezkształtnym, a być bezkształtnym, to jeszcze gorzej niż być niekształtnym, czyli, inaczej mówiąc, nieforemnym albo wręcz pokracznym. Jeśli człowiek uznaje coś za bosko dobre, wcale nie chce, żeby było to w tym doczesnym sensie nieskończone, bo nikt tak naprawdę nie chce w nieskończoność słuchać tej samej piosenki, brać udział w niekończącym się obrzędzie religijnym albo nawet nieskończenie pić ten sam kufel doskonałego piwa. Właśnie dlatego ludzie postąpili z ideą świętości tak, jak postąpili, to znaczy, wyodrębnili to, co święte, zamykając świętość w konkretnych przestrzeniach, ograniczając ją do konkretnych dni lub przypisując ją konkretnym obiektom, jak posążki z kości słoniowej albo odłamki głazu. Chcieli dać temu, co czcili, godność i rycerskość defi nicji. Chcieli ocalić to przed rozmyciem w nieskończoności.

I tutaj tkwi prawdziwa słabość wszelakich idei imperialnych albo marzeń o podbiciu innych narodów. Nie można prawdziwie kochać własnego kraju, jeśli mamy poczucie, że ten kraj jest czymś niewyrazistym i nieokreślonym, czymś, co rozciąga się daleko, niknie we mgle i nie jest mocno trzymane przez emocjonalnie napięte linie granic. Obywatele Rzymu nigdy już nie czuli się tak samo, odkąd każdy zamożny Part czy Kartagińczyk mógł sobie pstryknięciem w palce załatwić rzymskie obywatelstwo. Jeśli kochamy nasz kraj, nie chcemy, żeby stawał się coraz większy, bo nie chcemy, żeby zmieniła się jego istota. Nikt nie byłby zadowolony, gdyby wieczorem po powrocie z pracy zastał w domu czterometrową żonę.

Patrząc na drugą stronę medalu, ta idea transcendentalnego wyspiarstwa niesie ze sobą również sporo niebezpieczeństw. Przede wszystkim jest to niebezpieczeństwo idolatrii, polegającej na tym, że coś, co stanowi tylko symbol lub fragment podstawowej idei, urasta do rangi samodzielnego bożka, otaczanego przez ludzi kultem w oderwaniu od tej idei, albo wręcz na przekór niej. Ktoś, kto uważa, że taka insularność czy idolatria stanowią wadę tylko jednej epoki, musi być zaiste osobliwym człowiekiem. Bardzo możliwe, że i my doświadczymy elementarnego, bolesnego podobieństwa do Greków w Termopilach, do szalejących zelotów w czasach upadku Jerozolimy. Jeśli w szybkim tempie zmierzamy do jakieś zagłady, to w każdym razie nie do zagłady takich akurat emocji.

G.K. Chesterton


[1] Statek norweski, na którym pływali i dokonywali odkryć wielcy podróżnicy polarni – Fridtjof Nansen i Roald Amundsen.

Udostępnij przez:

Średnia ocen
0 z 0 głosów.

Dodaj komentarz