Na sobotę Chesterton: O bezwstydzie (z tomiku Obrona rozumu)

Są na świecie ludzie, którzy bardzo lubią wiejskie gwary, systematycznie dziś niszczone przez państwową edukację. Są ludzie, którzy wolą te gwary od miejskiego slangu, systematycznie dziś szerzonego. Tak bowiem wygląda efekt, który państwowe szkolnictwo znakomicie osiągnęło w praktyce: wiejskie dzieci nie mówią już jak ciemni wieśniacy z Sussex czy Suffolk, ale jak oświeceni chuligani ze slumsów wielkich miast. Garstka ekscentrycznych reakcjonistów, spoglądających na ten proces ze smutkiem, niejednokrotnie zauważała, że wiąże się z nim inny proces, i to dość osobliwy. Pewien mój przyjaciel, pastor anglikański, powiedział mi, że obserwuje u dzieci nie tylko zanik prawidłowej artykulacji, ale też zanik percepcji. „Nie dość, że nie umieją dobrze wymówić słowa, to w dodatku nie słyszą nawet różnicy między wymową dobrą a złą” – tak to ujął.

Krótko mówiąc, rozwija się coś nowego, co nie polega jednak na wyodrębnianiu czy różnicowaniu, a przeciwnie, na zatracie umiejętności, pozwalającej dostrzec, że jakaś odrębność w ogóle istnieje. Jest to nagłe stępienie zdolności do wychwytywania różnic; specyficzny zanik postrzegania, słuchowego, ale też wzrokowego; nie tylko ujednolicenie mowy, ale też stępienie wrażliwości, gdy chodzi o odbiór mowy innych ludzi. I chociaż samo w sobie jest to zjawisko stosunkowo błahe, to można je uznać za symbol dzisiejszych problemów społecznych.

Na przykład, kiedy słusznie lub niesłusznie zanika jakiś kolejny element dawnego poczucia przyzwoitości, uznaje się za normalne, że ludzie są odtąd nieprzyzwoici w sposób tak samo nudny, jak kiedyś byli przyzwoici. Twierdzenie, że wnuki „szybko przyzwyczają się” do czegoś, o co ich pradziadowie toczyli śmiertelne pojedynki, sugeruje, że wnuki znalazły nowy, lepszy sposób na życie, zamiast ginąć na wzór swych pradziadów, którzy, bądź co bądź, już dawno są martwi. Od strony psychologicznej fakty są jednak zupełnie inne. Ludzie, którzy toczyli
pojedynki, mogli być przewrażliwieni czy wręcz ekscentryczni, ale byli żywi, naprawdę żywi. Dlatego właśnie ginęli. Ich wrażliwość była autentyczna i intensywna, gdyż umieli czuć coś, czego ich wnuki już nie odczuwają – różnicę między jedną rzeczą a drugą. To bystrzejsze, nie zaś zmęczone oczy dostrzegą, że kolor niebieski nie jest bynajmniej taki sam jak zielony. Daltonista zobaczy te kolory jako jedną i tę samą szarość. To ostrzejszy, nie zaś przytępiony słuch, odbierze w mowie subtelną różnicę między naiwnością a ironią lub między ironią a zniewagą. Dla mniej subtelnego ucha wszystkie intonacje zabrzmią jednakowo, a przez to monotonne. Mało kto pojmuje, że taki zanik różnicowania dokładnie odpowiada obecnej stępionej i zobojętniałej anarchii w dziedzinie moralności i manier. A zatem, niechaj współczesna dziewczyna nie szczyci się, że jej prababka byłaby zaszokowana tym, co ona uważa za normalne. Może to oznaczać, że jej prababka była istotą pełną życia i wrażliwości, podczas gdy ona jest moralną paralityczką.

Ciągle na przykład słyszymy z ust tych bardzo prozaicznych paralityków, którzy nazywają się nudystami, że ludzie „szybko się przyzwyczajają”, kiedy raz zejdą do poziomu zwierząt. Wcale w to nie wątpię. Przyzwyczajają się też do pijaństwa i narkotyków, do pobytu w więzieniu albo do mówienia wulgarnym slangiem zamiast językiem literackim. Żadne argumenty nie potrafi ą jednak dowieść, że lepiej jest przyzwyczaić się do niższego poziomu i zatracić wyższy. Mimo to, na setki różnych sposobów, najnowsze prawa dławią instynkty ludzi prostych, którzy są wprawdzie naiwni, lecz przecież bardzo rozsądni. Powinniśmy zadać sobie pytanie, czy stępienie wrażliwości naprawdę stanowi zwycięstwo ludzkiej kultury, czy może raczej klęskę. Nie chodzi o to, że miliony dzieci, żyjących w porozrzucanych po kraju wioskach i mówiących odmiennymi dialektami, przyswajają sobie jeden i ten sam dialekt londyńskiej dzielnicy robotniczej. Rzecz w tym, czy dialekt londyńskiej dzielnicy robotniczej jest rzeczywiście lepszy od innych. Rzecz w tym, czy rzeczywiście dobrze się dzieje, że dzieci zatracają wyczucie różnic między dialektami.

Ostatecznie bowiem wiemy, że człowiek jest człowiekiem właśnie dlatego, że posiada te dziwaczne wymysły – moralność i maniery, od których wolnomyślicielski pstrąg jest całkowicie wyzwolony, i które nigdy nie komplikują życia tolerancyjnemu burakowi. Utrata odrazy do jednej rzeczy, a szacunku dla innej oznacza cofnięcie się do stanu wegetacji lub obrócenie się w pierwotny proch. A jednak już od  kilkudziesięciu lat ten właśnie kierunek jest szerzony w niemal całej naszej kulturze. Dyskusje na tematy obyczajowe zawsze wychodzą z cichego założenia, że kiedy już przyzwyczaimy się do chamstwa, będziemy zupełnie zadowoleni, stając się chamami. Nie twierdzę, że wszystkie rezultaty tego kierunku były złe, twierdzę jednak, że założenie jest złe od początku do końca. Człowiek może się bowiem przyzwyczaić do bycia dzikusem lub niewolnikiem, ale to wcale nie znaczy, że nie jest lepiej być obywatelem.

Udostępnij przez:

Średnia ocen
0 z 0 głosów.

Dodaj komentarz