Na sobotę Chesterton: Historie alternatywne

Wdałem się ostatnio w dyskusję ze znakomitym nowoczesnym pisarzem, panem Middletonem Murry1, na temat książki, którą pan Murry napisał o komunizmie. Jeśli o tym wspominam, to wyłącznie z jednego powodu. Mianowicie, w toku dyskusji niespodzianie odkryłem, że moje argumenty tak naprawdę nie są skierowane przeciw komunizmowi, ale przeciw fatalizmowi.

Owszem, jestem przeciwnikiem komunizmu. Wcale nie dlatego, że komunizm zniszczyłby istniejący system komercyjno-kapitalistyczny. Ten system, moim zdaniem, niszczy się sam i nie potrzebuje do tego czyjejkolwiek pomocy. Jestem przeciwnikiem komunizmu, bo myślę, że aby zaprowadzić komunizm, należy poświęcić wolność. Ciekawe, że sam pan Murry wprost to przyznaje. On również twierdzi, że trzeba poświęcić wolność, aby zaprowadzić komunizm. Do tego punktu łączy nas zatem z panem Murry doskonała zgoda; nie powierzchowna
zgoda dla celów praktycznych, ale zgoda prawdziwa, dotycząca teorii. Dalej jednak nasze poglądy radykalnie się rozchodzą, co zaczyna się od starożytnej kwestii przeznaczenia, czy też, jak pan Murry woli to nazywać, konieczności dziejowej.

Nie będę tu po raz kolejny poruszał kwestii losu i wolnej woli; uchowaj Boże, abym znów się zapuszczał w te udeptane labirynty. Z całą pewnością mam poczucie, że mogę w każdej chwili odłożyć pióro i porzucić ten esej raz na zawsze, jeśli tylko zechcę. Nie da się dowieść, że to poczucie jest złudzeniem, chyba że użyjemy wszechogarniającego sceptycyzmu, który pozwala równie dobrze uznać, że los jest złudzeniem, albo że złudzeniem jest nawet prawo. Determiniści z czasów mojej młodości, owi przeciwnicy wolnej woli, chętnie pysznili się, że stoi za nimi powaga nauki, bo jacyś naukowcy opowiadali wtedy o determinizmie materii. Nie wiem, co determiniści głoszą dzisiaj,
kiedy niejeden naukowiec opowiada raczej o indeterminizmie materii. Tak czy owak idea, że sami dokonujemy wyborów, jest ideą absolutną, i nikt nie zdoła funkcjonować tak, jakby jej nie było.

„Konieczność dziejowa” zawiera jednak element, który szczególnie mnie intryguje. Wygląda na to, że wielu ludzi, mających zapewne poczucie swobodnych wyborów dokonywanych w teraźniejszości i planowanych w przyszłości, patrzy z głębokim fatalizmem na wybory dokonywane w przeszłości. Pan Middleton Murry powtarza co i rusz, że wszystko, co miało kiedyś miejsce było „konieczne”. Uważa najwidoczniej, że zdarzenia wykazały swoją konieczność przez sam fakt, że się zdarzyły. Ja jednak nie mam takiego odczucia wobec czasów minionych, dokładnie tak samo, jak nie mam go wobec czasów przyszłych. Zgoda, istnieje coś takiego jak konieczność, w sensie konieczności logicznej. Skoro ja ważę więcej niż pan Murry, pan Murry siłą rzeczy waży mniej ode mnie, i nie ma na to rady. Jeżeli sto centymetrów to metr, dwieście centymetrów nieuchronnie musi dawać dwa metry. Wcale jednak nie uważam, że na pewnym etapie życia nieuchronnie musiałem ze studenta malarstwa przeistoczyć się w dziennikarza, ani że pan Murry nieuchronnie musiał zostać zwolennikiem bolszewizmu, ani że sam w ogóle bolszewizm nieuchronnie musiał się pojawić. W każdym wydarzeniu dziejowym jest pewien dreszcz niepewności, jest suspens, płynący z ludzkich wyborów. Tak to czuję, i nie widzę najmniejszego powodu, żeby uznać moje poczucie za mniej racjonalne niż poczucie pana Murry, bo przecież jego fatalizm też jest pewnie poczuciem i niczym więcej.

Pan Murry to pisarz błyskotliwy i pomysłowy, więc mam mu za złe, że ilekroć próbuje wesprzeć argumentami swój fatalistyczny, materialistyczny światopogląd, którego konsekwencją jest negowanie cudów, ja czuję się zawiedziony jako czytelnik. I to jest moja główna pretensja do niego. W jednej z jego książek, pamiętam, zostałem porwany na wyżyny bardzo podniosłych rozważań – i nagle spadłem z hukiem, kiedy pan Murry oznajmił, ni mniej ni więcej, że nie potrafi w coś uwierzyć, ponieważ jest „człowiekiem XX wieku”. Tak, wiem, są ludzie, którzy tak mówią, ale nie sądziłem, że i on do nich należy. Myślałem, że bujam sobie wysoko pośród chmur, tocząc dysputę z Arystotelesem i Abelardem, z Buddą i Spinozą, z Pitagorasem i Konfucjuszem, aż tu znienacka brutalnie sprowadzono mnie na ziemię, a kiedy wylądowałem, poobijany tu i ówdzie przy spadaniu, znalazłem się twarzą w twarz z filozofem, który utożsamia się wyłącznie z numerem porządkowym, przypisanym do swojego stulecia. Czy ktoś potrafi sobie wyobrazić Spinozę reklamującego swój kosmos jako szczególnie odpowiedni dla XVII wieku?

Jedną z wiktoriańskich konwencji intelektualnych było przekonanie, że wszystko zmierza ku lepszemu, a przynajmniej jest takie, jakie być powinno. Wiktorianie jednomyślnie uznawali, że Wilhelm Zdobywca musiał zdobyć Anglię, że Wellington musiał pokonać Napoleona, że Kanada musiała pozostać związana z Anglią, zaś Ameryka musiała się od Anglii oderwać. Myślę, że mechaniczny optymizm Marksa i pojęcie „konieczności dziejowej” u modernistów w rodzaju pana Murry mają swoje źródło w tej właśnie optymistycznej konwencji.

Lecz dla mnie przeszłość jest żywa i tętni od alternatyw; i nikt nie dowiódł, nikt nawet nie próbował dowieść, że te alternatywy nie były realne. Całkiem możliwe, że gdyby król Harold o tydzień wcześniej rozpoczął kampanię na północy, południowa kampania Wilhelma Zdobywcy okazałby się spóźniona i nieskuteczna; że gdyby Napoleon, po chwili wahania, zdecydował się rzucić do walki Starą Gwardię pod Borodino, nigdy nie doszłoby do Moskwy ani do Waterloo; że był czas, kiedy parę mądrych słów mogło ocalić dla Anglii amerykańskie
kolonie, a parę głupich słów spowodować utratę Kanady; i tak dalej. Krótko mówiąc, wierzę, że człowiek raz za razem stawał na rozstaju dróg, i mógł był wybrać inne drogi. Od strony metafizycznej nie można tej tezy ani dowieść, ani obalić. Ja jednak z ukontentowaniem wyznaję filozofię, która zezwala od czasu do czasu na cud, a tym bardziej mnie to cieszy, że alternatywna filozofi a nie zezwala nawet na alternatywę. Determinizm zabrania człowiekowi bodaj pomarzyć o czymś tak naturalnym jak historyczne „Co by było, gdyby…”.

Stosunek do tych dziejowych alternatyw stanowi sprawdzian ludzkiej kultury i otwartości myślenia, szczególnie u zawodowego historyka. Wszystko, co nie zaistniało, poszerza nasze umysłowe horyzonty. Rozmaicie mogła się potoczyć alternatywna historia Anglii, Francji czy Rzymu. Człowiek o zaściankowej mentalności, choćby był profesorem, żyje w więzieniu tego, co zdarzyło się naprawdę. Na ten akurat temat może posiadać imponującą wiedzę, lecz wskutek swej ignoranckiej, pożałowania godnej ciemnoty, dotyczącej tego, co nie zdarzyło się nigdy, przy całej swej wiedzy pozostanie równie uczony, jak ograniczony.

Kiedy słyszymy, powiedzmy, dyskusję, w której padają argumenty za albo przeciw średniowieczu, każdy, kto odrobinę zna ten okres, widzi pewien ewidentny fakt, który sam w sobie nie jest ani za, ani przeciw. Mianowicie, o mało wtedy nie doszło do powstania jednego państwa pod wspólną koroną – Zjednoczonego Królestwa Anglii i Francji. Pomiędzy chwilą, gdy pierwszy normański żołnierz wylądował na angielskiej ziemi nieopodal Hastings, a chwilą, gdy ostatni angielski żołnierz wymaszerował z Calais, tysiącom ludzi wydawało się najzupełniej naturalne, że te dwa narody mogą zrosnąć się w jeden naród. W naszych czasach Anglicy i Francuzi są chyba mniej do siebie podobni niż dwa dowolne inne narody na świecie. Ba, patrząc na większość angielskich internacjonalistów, można odnieść wrażenie, że internacjonalizm w ich pojęciu to obowiązek miłowania ludzkości i nienawidzenia Francji. Ja jednak, nie będąc (chwała Bogu) internacjonalistą, bardzo lubię i Francję, i Francuzów. Potrafi ę miłować cudzoziemców, zaś Francuzów miłuję jako najbardziej cudzoziemskich z nich wszystkich. A przecież wykształceni Anglicy, co do jednego, mówili i myśleli po francusku niemal do czasu bitwy pod Agincourt. Zresztą i po tej bitwie całe rzesze mieszkańców Francji wspierały angielską próbę zjednoczenia obu królestw drogą podboju, mimo że budził się już wtedy inny duch, bez wątpienia lepszy; duch świętej Joanny, wznoszący się jak ognisty miecz. I choć był to miecz aniołów, nieodwołalnie przeciął nas na pół. Co do mnie, jestem narodowym patriotą i cieszę się, że narodziły się wówczas dwa odrębne narody. Lecz abstrahując od patriotyzmu, tylko ktoś ograniczony nie rozumie, że mogło się wtedy narodzić coś potężniejszego i bardziej imperialnego – wielkie zachodnie państwo, nie bardziej francuskie niż angielskie, nie bardziej angielskie niż francuskie. Istnienie takiego państwa spowodowałoby ogromne i różnorakie zmiany w późniejszych dziejach ludzkości. Bóg jeden wie, co byłoby z purytanami,  rewolucją francuską, Imperium Brytyjskim i całą masą rzeczy, którym dziś oddajemy uroczysty hołd, ponieważ przypadkiem zdołały się urzeczywistnić. Dobrze jest od czasu do czasu odwrócić się od nich i posłuchać fascynującej, przeszywającej dreszczem opowieści o czymś, co nie urzeczywistniło się nigdy.

Oczywiście znalazłoby się multum innych przykładów, ale o to mi właśnie chodzi, żeby unikać oczywistości. Łatwo pytać, co by się stało, gdyby bitwa pod Waterloo zakończyła się inaczej; łatwo pytać, ponieważ nie ma sensu odpowiadać. Nic specjalnego by się nie stało. Napoleon i tak nie miał wystarczających sił, by skruszyć wszystko, co wówczas stanęło przeciw niemu. O wiele ciekawsze pytanie brzmi, co by się stało, gdyby bitwa pod Wattignies2 zakończyła się inaczej. I właśnie dlatego zwykły Anglik, który chętnie oddaje się gdybaniom o Waterloo, zazwyczaj nie słyszał nawet o Wattignies.

Wszystkie te refl eksje mają związek z obecnym sporem ideowym, czyli bezustanną dziennikarską dyskusją, podczas której z jednej strony słyszymy o postępie, a z drugiej strony o dekadencji albo zmierzchu cywilizacji zachodniej. Inaczej mówiąc, jedna grupa dziennikarzy i popularnych literatów powtarza, że świat zawsze stawał się stopniowo coraz lepszy; druga, do której należą literaci nie tak popularni, mówi, że od pewnego czasu świat staje się stopniowo coraz gorszy.

Osobiście nie pojmuję, jak ktoś może myśleć, że świat staje się stopniowo jakikolwiek. Skoro renesansowy humanizm w XVI wieku oznaczał postęp, jakim cudem kalwinizm w XVII wieku mógł oznaczać postęp w stosunku do tego postępu? Jeśli zakładamy, że tłumy ludzi podążających radośnie do amfiteatru idą w jedyną dobrą stronę, to przecież pustelnicy podążający ku dzikim pustkowiom nie mogą iść w tym samym kierunku. Podczas całego sporu obie strony zazwyczaj porównują jakąś dawną ideę z jakąś nową ideą, albo mityczne stare dobre czasy z hipotetyczną świetlaną przyszłością. Mam całkiem inne wrażenie, spoglądając na historię. Wydaje mi się, że w większości przypadków to, co naprawdę dobre nie było ani władzą, ani rebelią przeciw władzy. Było czymś trzecim, co nigdy nie miało dość siły, żeby objąć rządy albo podnieść bunt. Idea, która gdzieś głęboko drąży naszą historyczną wyobraźnię, to nie Atlantyda czy Utopia, nie Złoty Wiek czy Nowe Jeruzalem, nie Stare Dobre Czasy i nie Świetlana Przyszłość, lecz skarby możliwości, które człowiek przeoczył kiedyś lub odtrącił,
i dobre czasy, które mogły były nadejść.

Nawet jeśli świat zmierza we właściwym kierunku, myślę, że z reguły skręca na rozstajach w niewłaściwą stronę, ogromnie nadkłada drogi i nie dostrzega wielu skrótów, którymi dotarłby szybciej. Wątpię, czy znajdzie się rozumny człowiek, który, niezależnie od swojej wiary czy niewiary, nie wolałby w głębi serca, żeby renesans oznaczał tryumf humanistów takich jak Erazm z Rotterdamu lub Tomasz Morus, a nie fanatycznych purytanów z pianą na ustach, takich jak Kalwin lub Knox. W rzeczy samej, nazwisko Morusa jest tu więcej niż stosowne. To on przecież wymyślił samo słowo „utopia”, potem zaś, kiedy nadchodzące zmiany okazały się tak niepodobne do zmian, których pragnął, nie pozwolił przetłumaczyć swojej Utopii na angielski. Lecz utopia nie jest czymś, co istniało u zarania dziejów ani czymś, co nastanie u ich kresu. Utopia jest czymś, co w każdych czasach istniało na wyciągnięcie ręki, ale nigdy nie zostało odkryte.


1 John Middleton Murry (1889-1957) – pisarz angielski, autor kilkudziesięciu książek, marksista i pacyfista.

2. Pod Wattignies w 1793 roku armia rewolucyjnej Francji pokonała armię Habsburgów. Bitwa rozstrzygnęła o losach rewolucji francuskiej; gdyby Francja przegrała, rewolucja zostałaby zdławiona; nie doszłoby też do wojen napoleońskich.

Poprzedni odcinek:

Na sobotę Chesterton: Partnerski rozwód

 

Udostępnij przez:

Średnia ocen
0 z 0 głosów.

Dodaj komentarz