Na sobotę Chesterton: Partnerski rozwód

Ktoś mnie poprosił, żebym napisał artykuł o małżeństwie w świetle współczesnej myśli. Już prędzej dałoby się coś napisać o małżeństwie w świetle współczesnej bezmyślności. Sądząc po wielu ich zachowaniach, ludzie uważający się za nowoczesnych wyraźnie odpuścili sobie używanie rozumu, cofnąwszy się – zapewne pod wpływem koncepcji psychologicznych, będących w modzie na salonach – do tego etapu rozwojowego, kiedy zamiast rozumu używa się podświadomości. Gdybym powiedział, że ich zachowania są bardziej automatyczne
niż u zwierząt, ani trochę bym nie przesadził.

Ten, kto sądzi, że chyba jednak przesadzam, powinien ujrzeć napis, widniejący pod zdjęciem omdlewająco upozowanej pani w tygodniku, który właśnie czytam. Napis głosi, że pani ta okryła się nieśmiertelną chwałą, gdyż wynalazła partnerski rozwód. Tygodnik wyjaśnia, że owa dama, wedle jej własnych słów, gotowa jest znów wyjść za mąż za swego byłego męża, jeśli on znów jej to zaproponuje, i że oboje żyją razem od czasu rozwodu. Jeżeli głupota śmiertelników na tym łez padole może w ogóle sięgnąć głębszego dna, doprawdy chciałbym to zobaczyć.

Zacznijmy od podstaw, od samego alfabetu idei, jakbyśmy tłumaczyli małym dzieciom. Małżeństwo, z ludzkiego punktu widzenia, opiera się na podstawowych faktach ludzkiej natury, które są zarazem faktami przyrodniczymi. Wszystkie wyższe zwierzęta wymagają znacznie dłuższej opieki rodzicielskiej od zwierząt bardziej prymitywnych; słoniątko pozostaje dzieckiem o wiele dłużej niż młodziutka meduza. A oprócz tej całkiem naturalnej opieki człowiek potrzebuje czegoś, co w naturze jest unikalne. Człowiek mianowicie to jedyna istota wymagająca wykształcenia. Wiem, że zwierzęta też szkolą swoje młode; kotka uczy kocięta, jak łapać myszy. Jest to jednak wykształcenie
skąpe i nader podstawowe; coś, co zachłanny bogacz nazywa edukacją biznesową, i co nie jest żadną w ogóle edukacją. Mocno wątpię, czy jakiś uczeń zdałby egzamin maturalny albo dostał się na studia, demonstrując z dumnym uporem, że opanował sztukę łapania myszy. Edukacja to przyswojenie sobie złożonej, wieloaspektowej kultury, pomagającej borykać się ze złożonym, wieloaspektowym światem. Zwierzęta, zwłaszcza niższe, tego nie potrzebują. Śledź podobno codziennie składa ikrę, zawierającą tysiące jaj. Choć jednak nie uprawia bardzo dziś lansowanej kontroli urodzeń, pod innymi względami jest stworzeniem na wskroś nowoczesnym. Matka małych śledzi
nie musi zawracać sobie nimi głowy. Nie musi ich nawet pamiętać, więc tym bardziej nie musi pamiętać własnego partnera.

Z drugiej jednakże strony, obowiązki młodego śledzia, stojącego właśnie u progu życia, są prościutkie i głównie instynktowne; płyną wyłącznie z głębi duszy, jak nowoczesna religia. Nikt nie musi uczyć śledzia, żeby się mył, bo i tak ciągle pluska się w wodzie. Nie trzeba mu pokazywać, jak się zdejmuje kapelusz i szarmancko zamiata nim w ukłonie przed panną śledziówną, bo nie nosi ani kapeluszy, ani innych takich dziwacznych wymysłów, które by krępowały naturalną grację jego ruchów; porusza się nago, jak sportowcy w starożytnej Grecji. Toteż jego ojciec i matka nie mają wobec niego żadnych wspólnych zadań, żadnej odpowiedzialności, i mogą swobodnie modelować swój
związek w oparciu o najśmielsze i najbardziej postępowe wzorce. Nie wątpię, że pani śledziowa mówi do pana śledzia: „Prawdziwe małżeństwo powinno być wolne od kapłańskich dogmatów, powinno być sprawą jednej cudownej chwili”. Pan śledź odpowiada zaś: „Gdy miłość znika z serca, małżeństwo to parodia związku”.

Ta filozofia, pospolita wśród niższych form życia, ewidentnie nie nadaje się dla form wyższych. Mogą się tak zachowywać śledzie, ewentualnie też szczury i króliki, które podobno mnożą się jak szalone, nie przystoi to jednak stworzeniu obdarzonemu rozumem. Młode gatunku ludzkiego, jeśli mają osiągnąć pełnię ludzkiej kultury, tak różnorodnej, tak wyrafinowanej, tak starannie wypracowanej, muszą przebywać pod opieką odpowiedzialnych dorosłych przez bardzo długi okres umysłowego i moralnego rozwoju. Właśnie dlatego relacje między mężczyzną a kobietą w większości kultur są statyczne, a zazwyczaj permanentne. Wydawać by się mogło, że w oparciu o ten argument ojciec i matka mogliby się rozstać, kiedy dzieci dorosną, ale liczba osób, które po pięćdziesiątce naprawdę mają ochotę uciec z sekretarką albo pozwolić szoferowi uwieźć się w siną dal jest mniejsza, niż to się obecnie zakłada. Doświadczenie i praktyka uczą więc, że na tym polega podstawowa idea małżeństwa: jest to związek, który musi opierać się na solidnych podstawach. Wychowanie dzieci to zadanie ważne, które powinno pozostawać pod ochroną stałości i wytrzymałości, jaką daje instytucja rodziny.

Ta właśnie idea małżeństwa jest krytykowana od niedawna w naszym zakątku świata przez niewielki odłam ludzkości, który można by nazwać znudzonymi intelektualistami, występującymi w imieniu współczesnej myśli. Pierwsze pytanie, które się nasuwa, to jak planują oni rozwiązać praktyczny problem dzieci. Pierwsza odpowiedź, która się nasuwa, to że nawet nie próbują tego zrobić. Co najwyżej próbują sprawić, że nie będzie dzieci jako takich, i problem rozwiąże się sam. Kołacze się też w ich umysłach, mniej lub bardziej mętnie, pomysł, że
miejsce rodziców powinno odtąd zająć państwo. Rousseau oddawał swoje dzieci do przytułku, lecz gdyby jego śladem poszli wszyscy rodzice na świecie, przytułek musiałby się zaiste rozrosnąć do niespotykanych rozmiarów. I coś takiego rzeczywiście się dzieje. To jeden z przejawów owej nieoficjalnej, niezdefiniowanej centralizacji, typowej dla naszych czasów, widocznej raz tu, raz tam. Przytułek rozrósł się najpierw na szkołę, potem na całe państwo; i tak oto państwo stało się prawnym opiekunem dzieci – nie tylko tych będących w jakiejś anormalnej, wyjątkowej sytuacji, ale wszystkich w ogóle normalnych dzieci. Dzisiejsi rodzice, z gatunku wyzwolonych, nie mogliby sobie pozwolić na szybkie rozwody, zmiany partnerów i całą tą rozproszoną poligamię, gdyby nie wierzyli, że istnieje wielka, dobrotliwa babunia,
która weźmie miliony dziatek pod swe miłe, opiekuńcze skrzydła, wprowadzając miłe, opiekuńcze prawa.

To nowoczesne podejście do państwa jest złudzeniem. W całości opiera się nie na historii prawdziwych państw, ale na wizji państw idealnych, takich jak utopie pana Wellsa. Prawdziwe państwo, choć stanowi konieczny wytwór ludzkiej kultury, zawsze było i będzie o wiele za wielkie, chaotyczne, niezgrabne, odległe, a nawet niepewne, żeby mogło stanowić „dom” dla ludzkich młodych, które powinny zostać wyszkolone w ludzkiej tradycji. Gdyby ludzkość nie była zorganizowana w rodziny, nie miałaby organicznej zdolności, żeby zorganizować się w większe wspólnoty. Ludzka kultura jest przekazywana za pomocą obyczajów pielęgnowanych w niezliczonych domach rodzinnych
– i tylko w ten sposób może w ogóle pozostać ludzka.

Czy rządzi nami parlament, czy dyktator, czy strajk generalny, czy bankier z Nowego Jorku – bo prawda o tym, kto nami rządzi staje się z dnia na dzień coraz bardziej nieuchwytna – jest w każdym razie faktem, że to tradycje podtrzymują ludzkość. Zaś centralne miejsce zajmuje wśród nich tradycja małżeństwa. Jej istota polega na tym, że wolny mężczyzna i wolna kobieta decydują się założyć jedyne dobrowolne państwo na ziemi; jedyne państwo, które stwarza i kocha własnych obywateli. Dopóki ci prawdziwie odpowiedzialni ludzie będą trzymać się razem i wzajemnie wspierać, mogą przetrwać wszystkie zawieruchy, przemiany, ślepe uliczki i rozczarowania, które składają się na dzieje polityczne. Lecz jeśli zawiodą się na sobie nawzajem, jest pewne jak śmierć, że zawiodą się również na państwie.

Udostępnij przez:

Średnia ocen
0 z 0 głosów.

Dodaj komentarz