Na Trzech Króli Chesterton: DAR MIRRY

Gdy oglądałem rozmaite świąteczne prezenty, reklamowane w mojej ulubionej gazecie, przyszło mi do głowy – czy raczej przypłynęło, mgliście i całkiem nieodpowiedzialnie – że tamte pierwsze dary na Boże Narodzenie, które przywieźli dziwni Trzej Królowie czy też Trzej Mędrcy z tajemniczego Wschodu, wedle dzisiejszych norm zostałyby uznane za przemyt z zagranicy. Nie pasowałyby również do współczesnych gustów, a już z pewnością nie do warunków, które panują w tej akurat chwili. Pierwszym darem było złoto, które stanowi dziś temat delikatny i bolesny; wspominanie o złocie w czasach kryzysu to nietakt. Drugim było kadzidło, którego woń drażni dziś wiele nozdrzy; niejedna ważna osobistość uważa tę woń za nie do wytrzymania, zaś postępowi duchowni, zdegustowani kadzidłami we własnych katedrach, spoglądają na pewno z takim samym niesmakiem na kadzidła w Betlejem. Trzecim zaś i najgorszym darem była mirra, oznaczająca gorycz. A jeśli jest coś, z czym wszyscy się zgadzamy, panie i panowie, szlachetne grono lordów, towarzysze komuniści, bracia rotarianie, w ten radosny czas świąteczny – to zgadzamy się z tym właśnie, że nie powinien to być czas goryczy.

Dzięki naszym patriotycznym wysiłkom bardzo wielu ludzi dużo od nas biedniejszych zbiedniało jeszcze bardziej. Na pewno się zgodzimy, że jakakolwiek gorycz z ich strony byłaby nie na miejscu. Niechaj biorą przykład z polityków, siedzących za stołem i uśmiechających się do siebie po latach partyjnych wojen. Tak bardzo musieli się natrudzić, inkasując apanaże, narzucając podatki, likwidując zasiłki. A przecież nie ma w nich goryczy, ani trochę; zachowują się naprawdę sympatycznie, nawet wobec siebie nawzajem…

Mirra wydaje się prezentem niestosownym na Boże Narodzenie, w każdym razie wedle współczesnych pojęć o tych świętach. Choć zabrzmi to jak paradoks, była przecież prezentem niezbędnym. Boże Narodzenie nie byłoby Narodzeniem Bożym, gdyby w całej jego słodyczy nie znalazł się ten gorzki okruch – okruch nie większy może niż szczypta soli. Ale właśnie taka odrobina chroni potrawy i święta przed zepsuciem, chroni świąteczne ucztowanie przed upadkiem w wulgarne obżarstwo; chroni ideał miłosierdzia przed upadkiem w filantropię i mdłe, ckliwe zadowolenie z siebie. Chrześcijaństwo nie zatraciło się właśnie dzięki temu cichemu przypomnieniu Krzyża. Gorycz mirry jest goryczą prawdy, goryczą honoru, goryczą śmierci.

Wszędzie w dzisiejszym świecie, w zmonopolizowanej prasie, w plutokratycznym parlamencie, w poglądach na temat religii i etyki wygłaszanych przez każdego popisującego się, płytkiego publicystę, widzimy, jak umysł ludzki rozmywa się i roztapia w morzu bredni – a wszystko dlatego, że brakuje mu tego ostrego posmaku prawdomówności, tego gorzkiego, męskiego lekarstwa. Ale nie koniec na tym. Gdyż bez tej szczypty goryczy nic nie smakuje prawdziwie słodko. Cały tajemniczy magnetyzm, z jakim opowieść o Betlejem przyciągała najróżniejszych ludzi, od prymitywnych pastuszków po wybitnych artystów, bierze się właśnie z jej osobliwego posmaku, zarazem słodkiego i gorzkiego, z radości, która jest równie subtelna jak prosta. Boże Narodzenie nie było spotkaniem towarzyskim, na którym nic nie powinno
zakłócać miłej atmosfery. Już w samej opowieści o nim czuć tę prawdziwie chrześcijańską goryczkę – w ironii niegościnnej gospody, w drzwiach zatrzaśniętych przed świętymi ubogimi. A w cieniu Trzech Króli kryje się czwarty król, Herod, który trzydzieści lat przed czasem chciał przynieść dar krwi i śmierci, i przed którym trzeba było uciekać do pogańskiego kraju.

Wszystko to jest symbolizowane przez trzeci dar; a jest to dar, o którym władcy naszego świata, bogacze naszych czasów, nie chcą nawet słyszeć. Chętnie przyjęliby złoto, żeby napchać sobie kufry, albo kadzidło, żeby palić je przed swoimi własnymi bożkami, ale to trzecie, owo amari aliquid (1), które nawet poganie częściowo rozumieli, jest czymś, czego oni, ze swoim mdławym optymizmem stojący dużo niżej od pogaństwa, zupełnie nie są w stanie pojąć.

Trzy dary dla małego Jezusa w betlejemskim żłóbku symbolizują trzy dane Mu przepowiednie i obietnice: że zostanie ukoronowany jak król, że będzie czczony jak Bóg, i że umrze jak człowiek. Gdyby nie ta trzecia przepowiednia, dwie pierwsze brzmiałyby tylko jak orientalne pochlebstwo. Ta prawda pozostaje również prawdą, kiedy ze stajenki w Betlejem przenosimy wzrok dużo, dużo niżej – na najnowszą historię i politykę. Jeszcze nie tak dawno nasi ojcowie umieli zachowywać surowe posty, ponieważ wciąż mieli w sobie ducha walki. Lecz odkąd ludzie zaniedbali ogniska domowe, przestali też podtrzymywać ognie na wieżach strażniczych. Pozwolili, żeby jałowy piasek ich wygodnego sceptycyzmu zasypał dawne płomienie gościnności i waleczności. W miarę jak zanika ta bojowa czujność, ta żołnierska lojalność, zanikają też ostatnie pozostałości po dawnym odczuwaniu Bożego Narodzenia; odczuwaniu, że wyrzutkowie są pełni godności, że niewinni są zagrożeni.

Żaden sentymentalizm, żaden płytki idealizm, żadne dobre stosunki towarzyskie nie wzniosą się na poziom, gdzie istnieją te misteria. Ludzie, którzy zadowalają się podobnymi namiastkami, nigdy nie pojmą, dlaczego szczęśliwa Matka otrzymała w darze mirrę, ani dlaczego samo Jej imię zawiera w sobie Gorycz – Jej, którą nazywamy Przyczyną Naszej Radości.


1 Amari aliquid – coś gorzkawego; cytat z Lukrecjusza: quoniam medio de fonte leporum surgit amari aliquid quod in ipsis fl oribus angat – „w zdroju radości i dowcipu przebija pewien gorzkawy posmak, który czuje się w samych nawet kwiatach”.

 

Esej ukazał się w tomiku pt. „Obrona rozumu”, wyd. Fronda 2014. Poprzedni odcinek poniżej.

Na sobotę Chesterton: Narody Europy

Średnia ocen
0 z 0 głosów.
Udostępnij przez:

Dodaj komentarz