Na sobotę Chesterton: Narody Europy

To piękna myśl, to myśl kojąca duszę, że cokolwiek zdarzy się w przyszłości nigdy nie będzie tym, co fataliści i uczeni futuryści uznali za pewne i nieuchronne. Pośród mrowia przykładów można tu wskazać choćby niedawne odrodzenie nacjonalizmów, by nie powiedzieć bunt nacjonalizmów, w wielu częściach Europy. A doszło do niego dokładnie w chwili, gdy wszyscy postępowi prorocy etyki darwinowskiej obwieszczali, że nacjonalizm odchodzi już nieodwołalnie w przeszłość, zastępowany wszędzie przez internacjonalizm.

Nacjonalizmy są różnorakie. Na niektóre będziemy się krzywić, inne mogą nam się całkiem podobać. Myślę, że wolę De Valerę od Mussoliniego. Jestem całkowicie pewien, że wolę Piłsudskiego od Hitlera1. Polacy pokonali bolszewizm w jednej walnej bitwie na długo przedtem, zanim naziści zaczęli występować przeciw niemu w drobnych ulicznych bójkach.

Moim skromnym zdaniem bitwa warszawska zajmuje w historii miejsce równie poczesne, jak bitwy pod Maratonem i Lepanto, a poza tym mocno działa na wyobraźnię, mocniej nawet, niż owa przesławna potyczka, do której nie tak dawno doszło w Niemczech, kiedy to oddziały szturmowe, sunąc niczym owa nawałnica stali, od której pochodzi ich przydomek, z bezprzykładną odwagą zaszarżowały na grupę chłopców zgromadzonych na zabawie w szkole katolickiej. Akcja, nie powiem, była spektakularna. Od tej pory uczniowie ciemnych chrześcijańskich
szkółek nie będą się już zbierać tak niefrasobliwie, bo a nuż elitarne wojska Niemiec zbiorą się na odwagę, by ich zaatakować. A jednak, mimo wszystko, w dalszym ciągu uważam, że ów śmiały wyczyn, na jaki porwali się niemieccy szturmowcy, nie był aż tak imponujący jak powstrzymanie całej potęgi Armii Czerwonej w chwili, gdy ogromną nawałą szła na podbój Europy.

Myślę, że czymś, co naprawdę mogłoby zjednoczyć narody jest wspólna religia. Taki na przykład islam zjednoczył wiele zdumiewająco odmiennych ludów. Ale internacjonalizm nie jest religią. Jest „izmem”, a „izm” nigdy nie stanie się wiarą religijną, bo stanowi abstrakcję, nie będąc absolutem. Naród zaś, skoro o tym mowa, stanowi rzeczywistość. Można uważać, że naród jest czymś złym, albo czymś godnym ubolewania, lecz niewątpliwie jest czymś realnym, a nie czystą teorią. Dlatego tak trudno o porozumienie między dwoma gatunkami
myślicieli, których umysły żyją w dwóch odmiennych światach – jedni postrzegają istoty ludzkie jako ludzkość, inni postrzegają ludzkość jako istoty ludzkie.

Te dwa podejścia, abstrakcyjne i realistyczne, przejawiają się nawet w naszym stosunku do innych zwierząt. Rozciągając  na zwierzęta to, co w nas ludzkie, robimy to na dwa sposoby. Jeden jest pedantyczny i oschły, a drugi właśnie ludzki. Wiem, że jestem zwierzęciem opisywanym przez Greków jako Anthropos; nie żeby dało się mnie nazwać pięknym okazem, lecz niewątpliwie należę do gatunku. Lecz gdyby jakiś profesor, oprowadzając studentów po muzeum historii naturalnej, wskazał im moją osobę jako okaz antropoida, ogarnęłoby mnie chłodne zwątpienie i poczucie nierealności. Zgoda, w świetle biologicznych faktów mogę być spokrewniony z wielkimi małpami w sąsiedniej gablocie, aczkolwiek profesor pewnie już odkrył, że ściślej biorąc jestem siostrzeńcem małpki kapucynki albo ubogim krewnym lemura. Na potrzeby dyskusji przyjmijmy jednak, że wedle akademickiej naukowej klasyfikacji duża małpa człekokształtna jest mi bliższa niż jakiekolwiek inne zwierzę na ziemi. Lecz nie jest mi bliższa w rzeczywistości. Tak naprawdę o wiele dla mnie bliższy jest mój pies. Związek między człowiekiem i psem jest realny, podczas gdy związek między człowiekiem i szympansem jest abstrakcyjny, i nieważne, że ta abstrakcja wyrasta z jakichś realiów naukowych. Człowiek historyczny przez całą swoją historię miał psa i nigdy go nie zapominał, jak widać w dziejach Odyseusza czy biblijnego Tobiasza. Lecz jeśli człowiek prehistoryczny miał ciotkę, która była prehistoryczną małpą, zapomniał ją z kretesem zanim jeszcze stał się człowiekiem historycznym.

Można twierdzić, że z narodów jest więcej szkody niż pożytku; można twierdzić, że pies szczeka, a mleka nie daje. Tak czy inaczej, w obu wypadkach chodzi o realne, żywe byty, które są realnie i żywo powiązane. Kiedy mówię, że jestem Anglikiem, a nie Francuzem, wiem dokładnie, co mam na myśli, i jest tu całkowicie bez znaczenia, że żywię ogromny podziw dla francuskiej kultury i tradycji. Ale nie wiem dokładnie, co inni ludzie mają na myśli, kiedy mówią, że muszę się podporządkować decyzjom Ligi Narodów, albo że wiąże mnie umowa
międzynarodowa podpisana przez jakichś polityków podczas ich pobytu w szwajcarskich hotelach. Na tej samej zasadzie, nie wiem, co inni ludzie mają na myśli twierdząc, że pochodzę od małp człekokształtnych, od Anglosasów czy też, jak powiedziałby Hitler, od Ariów. Pojęcia nie mam, co to znaczy; ja tego po prostu nie wiem w tym sensie, w jakim wiem, co znaczy być Anglikiem.

*
Mocno wątpię, czy nastaną kiedyś czasy, gdy nie będzie wojen ani konfliktów. Nie wyobrażam sobie czasów, w których znikłaby sama możliwość wojen. Wierzę jednak, że jeśli Europa rozwinie się w przyszłości w określonym kierunku, może jeszcze nastać prawdziwa europejska jedność; może zaistnieć takie międzynarodowe zrozumienie, które zapobiegnie wielu międzynarodowym nieporozumieniom. Ale ten rozwój jeszcze się nie rozpoczął. Jeszcze go nie ma, a póki go nie ma, nie wolno się zachowywać tak, jakby już nastąpił.

Jedność wszystkich ludzi to fakt ogromny, ewidentny i podstawowy, w obliczu którego nikną różnice między krajami i kontynentami. Jedność europejska jest również podstawowym, starodawnym faktem, i choć czasem umyka naszym oczom, odkryje ją łatwo każdy biały człowiek, gdy spotka innego białego człowieka w sercu Afryki lub w słabo poznanej części Tybetu. Lecz jedność narodowa jest faktem zasadniczym. Ta prawda nie może i nie powinna być negowana, a to z dwóch powodów: ponieważ jest ludzka i ponieważ jest europejska. Ktoś, kto ignoruje narodowość, własną albo cudzą, staje się mniej ludzki i mniej europejski. Staje się żywą abstrakcją, rezolucją komitetu,
programem ruchu politycznego, a w zetknięciu z nim odnosimy wrażenie, jakby chłód nas przejmował od zimnego dotyku ryby. Staje się, krótko mówiąc, w mniejszym stopniu żywą ludzką istotą. Gdyż Europejczyk jest człowiekiem dzięki swemu narodowemu patriotyzmowi i odrębnej kulturze swego ludu. Kosmopolita nie jest żadnym Europejczykiem, co dopiero dobrym Europejczykiem. Jest podróżnikiem po Europie, turystą z Księżyca.

Na dobre czy na złe, historyczne procesy zachodzące w dziejach Europy doprowadziły do powstania europejskich narodów. Narody są organami, dzięki którym możliwe jest życie europejskiego organizmu, przynajmniej w czasach nowożytnych. Jeśli nie otrzymamy dziedzictwa naszej kultury za pośrednictwem tych naturalnych organów, nie otrzymamy go w ogóle. Otrzymamy co innego – bezduszną, ciasną i prowincjonalną abstrakcję, wymyśloną przez paru nowoczesnych ignorantów.


  1. Esej pochodzi z początku lat 30. XX wieku, kiedy Hitler dopiero co zdobył władzę i był uważany za jednego z wielu ówczesnych szefów  państw; jego nazwisko nikomu jeszcze nie kojarzyło się z wojną ani ludobójstwem.

Esej ukazał się w tomiku pt. „Obrona rozumu”, wyd. Fronda 2014. Poprzedni odcinek poniżej.

Na sobotę Chesterton: Boże Narodzenie a duch narodowy

Udostępnij przez:

Średnia ocen
0 z 0 głosów.

Dodaj komentarz