Na sobotę Chesterton: „Wszystkie dzieci są nasze”

Gazety doniosły niedawno o spotkaniu grupy pań, znanych z działalności politycznej i charytatywnej. Panie zebrały się, aby przedyskutować wielki nowoczesny problem: Co zrobić z dziećmi. Nie trzeba nawet mówić, że podczas takich konferencji rozprawia się o dzieciach, jakby były to olbrzymie monstra o niepojętej naturze, które ostatnimi czasy wypełzły skądś znienacka w charakterze kompletnej nowości i niespodzianki. Dziecko, tak jak je postrzegają ci ludzie, nie jest dzieckiem, jakie normalny człowiek widział kiedykolwiek na oczy. Nie jest
to Jacek, Joasia ani Piotrek, nie jest to żadne z dzieci kuzynki Elżbiety ani wuja Ryszarda. Jest to stworzenie całkowicie samotnicze, wyrosłe znikąd, sui generis, a żyje ci ono pośród nędzy i zbrodni. Pewna wybitna działaczka polityczna, głęboko przekonana, że reprezentuje najwznioślejszy, najświatlejszy idealizm, oznajmiła przy tej okazji: „Musimy troszczyć się o dzieci innych ludzi tak, jakby były nasze”.

Ledwie to przeczytałem, uderzyłem dłonią w stół, jak czyni człowiek, który nagle zlokalizował i utłukł osę. Powiedziałem sobie: „Otóż to! Trafiła w sedno! Krótko i zwięźle ujęła najgorszą, najbardziej toksyczną ze wszystkich politycznych bredni, które sprawiają, że świat gnije dziś od środka. To właśnie ta brednia przeżarła i wykoślawiła demokrację, zrujnowała życie rodzinne jak demokracja długa i szeroka, zniszczyła godność, na której demokracja i życie rodzinne wspierały się jak na fundamencie. To ona sprawiła, że niezamożnemu mężczyźnie zabrano dumę i honor, jakie odczuwał niegdyś, będąc głową rodziny. Wskutek tego niezamożny mężczyzna nie potrafi odczuwać
dumy i honoru z faktu, że jest obywatelem, a już kompletnie go nie wzrusza, że jest jakimś tam wyborcą. Dom Anglika przestał być jego twierdzą; on sam przestał być panem twierdzy; żaden Tomek nie jest już wolny w swoim domku, jego dzieci nie należą do niego, a demokracja umarła. Ta pani tego nie rozumie. Ona chce dobrze. Ona nawet nie wie, co mówi. Nie dociera do niej sens tych przerażających słów, które wypowiada. Ale przecież je wypowiada, choć jej słowa oznaczają: My, ludzie bogaci, możemy zaopiekować się ubogimi dziećmi zupełnie jakby były nasze. Ponieważ obaliliśmy instytucję rodziców, one i tak są sierotami”.

Oczywiście znamy ten ideał nie od dziś. Jest śliczny, gładki i nie miałbym nic przeciwko niemu, gdyby nie ten drobny szkopuł, że jest to ideał kompletnie, odrażająco niemoralny. Ktoś, kto twierdzi, że będzie traktował dzieci innych ludzi tak, jakby każde było jego własnym dzieckiem, przypomina człowieka, który oznajmia, że będzie traktował żony innych ludzi tak, jakby każda była jego własną żoną. Pytanie tylko, jak to się mado praw owych innych ludzi. Bądź co bądź, wciąż jeszcze ponoszą oni odpowiedzialność za dobro własnych dzieci i własnych  żon. Czy pozostają im w tej sytuacji jakiekolwiek ludzkie uprawnienia wobec nich?

Jeśli ojciec maltretuje dzieci, albo mąż żonę, jest absolutnie słuszne, żeby go ukarać, wprawiając w ruch machinę prawną, przewidzianą dla takich wyjątkowych i niegodziwych wypadków. Ale żadna znana moralność ludzka nie uprawnia nas do twierdzenia, że jego dzieci należą do nas tak samo jak do niego. Cokolwiek mu zarzucamy, trzeba to udowodnić. Niestety, owym działaczkom dobroczynnym wcale nie chodzi o konkretne wypadki złego traktowania dziecka. Im chodzi o zasadę – podskórną, plutokratyczną zasadę, ujawnioną niechcący w przypadkowym zdaniu. Dzieci mają się rodzić pod władzą i opieką warstwy panującej – i ma to być status dziedziczny, obojętnie czy sumienie każe nam go nazwać ochroną, czy może formą niewolnictwa. Zauważmy, że owa pani wcale nie mówi: „Kiedy słyszę o dziecku, które było bite metalowym prętem, zwykłe poczucie ludzkiej solidarności sprawia, że czuję taki gniew, jakby chodziło o moje własne dziecko”. Nie wątpię, że mogłaby coś takiego powiedzieć. Ale jej wcale nie chodzi o takie wyjątkowe, drastyczne sytuacje. Nie chodzi jej w ogóle o żadne indywidualne nieszczęścia. Ona już na wstępie uogólnia, od samego początku zakładając, że ma władzę decydowania o losie innych dzieci tak, jakby były jej własne. Rzeczywiście, w praktyce ma taką władzę. I ta właśnie praktyka stanowi najlepszy, najjaskrawszy
dowód, że całe założenie jest z gruntu błędne. Powtarzając, że wszystkie dzieci są nasze, społeczeństwo nieświadomie i bez oporu wyznaje, że wierzy w potężną, antyludzką herezję. Z umysłów dzisiejszych realistów znikła bez śladu idea, że ojciec rodziny, jak każdy obywatel, powinien być człowiekiem niezależnym i odpowiedzialnym. Nic dziwnego, że owa idea nawet nie zaświta dzisiejszym idealistom.

Niestety, ideały są w naszym społeczeństwie jeszcze bardziej chore niż rzeczywistość. Dawni torysi z naciskiem podkreślali, że zwykłych ludzi należy uczyć szacunku dla prywatnej własności, bo inaczej podniosą bunt i obrabują bogatych. W rzeczywistości to bogatych ludzi należy uczyć, że istnieje coś takiego, jak cudza, prywatna własność – więcej nawet, że istnieje coś takiego, jak cudza prywatność. Zwykli ludzie nie napadają na posiadłości bogaczy, żeby zabrać ich dzieci z wózków czy wywlec je przemocą z elitarnych szkół. To filantropi i dobroczyńcy, pod takim czy innym pretekstem, robią najazdy na prywatne terytoria zwykłych ludzi. Nazywają to reformami, podczas gdy w istocie jest to rewolucja.

Współcześni autorzy bardzo chętnie porównują wydarzenia historyczne do pospolitych przestępstw, aby tym dobitniej je potępić. Twierdzą, że wojna światowa była jednym wielkim morderstwem, albo że rewolucja w Rosji była złodziejstwem na masową skalę. Nie zdają sobie jednak sprawy, że współczesne reformy edukacyjne i filantropia głoszona przez obrońców dzieci, to pod wieloma względami jeden wielki kidnaping na masową skalę. Coraz wyraźniej narasta lekceważenie prywatności obywateli będących rodzicami. Porównałem to do rewolucji, i w rzeczy samej jest to rewolucja bolszewicka. Czy istnieje bowiem na świecie czystszy i doskonalszy przejaw komunizmu,
niż powiedzenie, że wszystkie dzieci są nasze? Ciekawe jednak, że bogaty komunista, który tak właśnie traktuje cudze dzieci, nie jest nazywany kidnaperem.

Komunizm bowiem, przynajmniej w wersji, jaką znamy, nigdy nie był ustrojem biedoty. Nie był nawet anarchią biedoty. Komunizm stanowi po prostu jedną z form, w jakich przejawia się istniejąca anarchia bogaczy.

Esej ukazał się w tomiku pt. „Obrona rozumu”, wyd. Fronda 2014.


Poprzedni odcinek:

Na sobotę Chesterton: Skamieliny purytanizmu

Średnia ocen
0 z 0 głosów.
Udostępnij przez:

Dodaj komentarz