Na sobotę Chesterton: Skamieliny purytanizmu

Jak wiadomo, skamielina ryby nie jest rybą, a skamielina ptaka nie jest ptakiem. Nie chodzi mi tutaj o różnicę ewidentną, tę, którą z zaskoczeniem, ba, z oburzeniem, spostrzeglibyśmy w restauracji, gdybyśmy zamówili rybę, a podano by nam kamień. Mam na myśli, że skamielina jest formą, w której nie ma już nic z żyjącej ryby. Jest to pustka pozostała po rybim kształcie, obraz ryby, stopniowo, bardzo stopniowo, wypełniany przez inną wnikającą treść, długo po tym, jak ryba zakończyła żywot i uległa rozkładowi.

W taki też sposób, kiedy ulegnie rozkładowi religijny fanatyzm, tworzą się skamieliny niektórych religii – owych twardych jak kamień, nieprzejednanych i dosłownych religii purytańskich. Ich ogólny zarys pozostał, ale wypełnił się czymś innym. Dwa przykłady takiej historycznej przemiany, przejmującej grozą niczym niesamowita przemiana w horrorze, to amerykańska prohibicja i niemieckie prusactwo.

   W wypadku prohibicji widać to jaśniej. Pierwsi purytanie bynajmniej nie zakazywali alkoholu. Oliwer Cromwell był piwowarem, lecz tym, co dawało mu inspirację i mąciło w głowie nie było piwo, ani też (jak w wypadku zwolenników prohibicji) wizja definitywnego braku piwa. Cromwell miał swoje wady, ale z całą pewnością wyznawał autentyczną religię, w sensie systemu wierzeń. Były to wierzenia ponure i depresyjne, celowo wyszlifowane jako bardziej surowe i bezlitosne od innych. I w ten oto sposób narodził się nowy społeczny nastrój, nowa duchowa atmosfera, która następnie rozprzestrzeniła się po rozległych równinach purytańskiej Ameryki. Rzecz w tym, że w miarę jak ta religia zanikała powoli jako system wierzeń, puste miejsce po niej wypełniało się stopniowo czymś innym – mniej określonym, lecz generalnie utrzymanym w tym samym duchu. Tam, gdzie kiedyś istniał posępny system teologiczny, pojawiła się posępna teoria socjologiczna. Jeśli czytelnik woli, można ująć to tak: Ameryka tolerowała prohibicję nie dlatego, że zamieszkiwali ją wówczas purytanie, ale dlatego, że purytanie zamieszkiwali ją wcześniej. Koncepcja moralności, która jeszcze do niedawna dominowała w Stanach Zjednoczonych, stanowiła pod każdym względem przeżytek purytanizmu, nawet jeśli była również w pewnym sensie substytutem purytanizmu. Prohibicja nie istniała w początkach purytanizmu – tym niemniej jej własne początki były purytańskie.

To samo dotyczy fanatyzmu religijnego, jaki przepełniał Niemcy w okresie wojny trzydziestoletniej. Porównajmy go z nacjonalistycznym, plemiennym fanatyzmem, jaki rozprzestrzenił się w Niemczech po wojnie światowej [I WŚ – przyp.red.]. Dawni fanatycy, maszerujący za Gustawem Adolfem czy Wilhelmem Orańskim, nie byli etnologami ani zwolennikami teorii ewolucji. Nie roili sobie, że należą do rasy nordyckiej, i z pewnością przez myśl im nie przyszło, że oni sami lub cokolwiek, co ich dotyczy może mieć jakiś związek ze swastyką. Czasem czcili krzyż, czasem niszczyli krzyże, lecz nigdy nie wpadli na pomysł, żeby wyłamać cztery ramiona krzyża i w ten sposób upodobnić go do chińskiej czy indyjskiej sztuki dekoracyjnej. Ich myśli zaprzątały skrupuły i schizmy, mające czysto religijny charakter. Oni naprawdę walczyli z okrutną zaciekłością o poszczególne punkty doktryn religijnych, i kto jak kto, ale ja nie będę ich za to potępiał. Lecz ich doktryny nie przetrwały długo. Gdy nadeszło oświecenie, gdy nastał wiek XIX, protestanckie dogmaty zaczęły się z wolna rozpuszczać w kwasach niemieckiego sceptycyzmu, w laboratoriach pruskich profesorów. I w miarę jak wyparowywały, w miarę jak zostawała po nich coraz większa pustka, pustka ta wypełniała się nowymi wrzącymi pierwiastkami – pychą plemienną, militaryzmem, imperializmem oraz (najzwięźlej) owym patriotyzmem z klapkami na oczach, który nosi miano prusactwa.

   Większość z nas zgodzi się, że pruska odmiana patriotyzmu stanowi poważną groźbę dla wszystkich innych odmian. To właśnie jest mroczna strona więzi plemiennych. Państwa mocno zakorzenione w historii umieją zachowywać poczucie własnej wartości i jednocześnie z szacunkiem odnosić się do innych państw, ponieważ, powołując się na prawo do obrony własnych granic, nie przeczą, że mają obowiązek respektowania granic cudzych. Lecz duch plemienny jest niespokojny i wędrowny. Nie obchodzą go granice; reaguje na zew krwi. Toteż wojny toczone z pobudek plemiennych nie są podobne do wojen, dajmy na to, Francji z Hiszpanią. Nie – to coś jakby Cyganie toczyli mniejszą lub większą wojnę z resztą świata. Może istnieć Liga Narodów, ale trudno byłoby stworzyć Ligę Plemion. Gdy plemię się przemieszcza, chętnie zapomina o ligach, a jeszcze chętniej o granicach. I ten właśnie trybalizm wlał się w puste skorupy, pozostałe po wysychającej z wolna powodzi wojny trzydziestoletniej. Ten nowy, nagi szowinizm otrzymali w spadku Prusacy jako substytut swojej martwej religii.

[Podkr. red.]

Esej ukazał się w tomiku pt. „Obrona rozumu”, wyd. Fronda 2014.


Poprzedni odcinek:

Na sobotę Chesterton: Czy można kochać Niemców (cz.II)

Średnia ocen
0 z 0 głosów.
Udostępnij przez:

Dodaj komentarz