Na sobotę Chesterton: Czy można kochać Niemców?

Dlaczego ludzie, który podziwiają obce narody, zawsze chcą, żebyśmy je podziwiali za to, co w nich najbardziej odstręczające?

Ktoś, kto obraża obcy naród, to zazwyczaj pospolity głupiec. Nie mówię tutaj o człowieku krytykującym obcy naród za zło, które ten naród czyni, zwłaszcza wyrządzane innym narodom. Taka krytyka jest całkowicie zdrowa, choć warto ją zrównoważyć, krytykując również własny naród za jego złe uczynki. Jednak krytyka i zniewaga to dwie różne rzeczy. Angielskie przysłowie głosi, że z kim się spoufalimy, tego  lekceważymy, ale tak naprawdę lekceważymy tego, kogo nie znamy. Lekceważenie w wielu wypadkach bierze się bowiem z niewiedzy. Są
tacy, którzy śmieją się z obcych narodów po prostu dlatego, że są obce, lecz oni przynajmniej – i chwała im za to – sami bez oporu przyznają, że śmieją się z nich, bo ich nie rozumieją. Są też tacy, którzy lżą i besztają obce narody, udając, że je rozumieją. Jednak żaden z tych dwóch typów, ani prostaczek, którego śmieszy zaskakująca inność, ani wykształcony reformator, który wygłasza połajanki w imię swoich poglądów, nie rzuca światła na problem, skąd wziął się trzeci typ – ten, którym się tu zajmuję.

Dlaczego, powtarzam, owi sympatycy innych nacji, apelujący, byśmy miłowali nieprzyjaciół albo chociaż lubili naszych bliźnich, sami robią wrażenie, jakby nie mieli pojęcia, co ludzie naprawdę miłują albo chociaż lubią? Czemu zawsze wskazują nam, w charakterze podziwu godnych zalet, takie akurat cechy, jakich normalny człowiek organicznie nie znosi, a w każdym razie nie darzy specjalną sympatią?

Spójrzmy na dwa przypadki, dwa narody, za którymi w sensie politycznym ja sam najmniej przepadam: Japończyków i Niemców. Niemcy tacy, jakimi ich widzą i wychwalają ich wielbiciele, są bez porównania bardziej odrażający niż Niemcy tacy, jakimi ich widzą i znieważają ich wrogowie. Proniemieccy publicyści opisują Niemców, jakby byli jakimś potwornym ludzkim rojem, na prostej drodze do tego, by stać się rojem zupełnie nieludzkim. Wszystko, co piszą o niemieckim państwie, jeży się od sztywnej, kolącej statystyki, ukazującej eksport, import, produkcję, maszynerię, surowe przestrzeganie prawa, wysoce postępowe, naukowo opracowane prawodawstwo i inne takie rzeczy, od których normalnego człowieka odrzuca na kilometr. Sugerują, że tylko Niemiec, jedyny na świecie, jest naprawdę przedsiębiorczy, gdyż posiada doskonale działające przedsiębiorstwa i zakłady przemysłowe. Zakładając nawet, że to prawda, czy słyszeliście kiedyś, żeby ktoś pokochał drugą osobę wyłącznie za jej przedsiębiorczość?

Pewien brytyjski polityk, w samym środku wojny, oznajmił uroczyście, że istnieją dwie Germanie – zła Germania despotyzmu, militaryzmu i zbrojnej arystokracji, oraz dobra Germania nauki, handlu i przemysłu. Pamiętam, że pomyślałem wtedy, i nawet powiedziałem, że znacznie więcej sympatii budzi we mnie żołnierz ginący dla kajzera niż ekspert pracujący dla Kruppa. I znów należy zauważyć, że nikt nie kocha ekspertów, a zwłaszcza ekspertów od gazów bojowych. Lecz nawet teraz, po wszystkich potwornościach wojny, rozmaici idealiści nadal wysławiają Niemcy jako krainę nauki, przemysłu i postępu technicznego.

Otóż, Niemcy nie są aż tak złe. Wykazują ciągoty barbarzyńskie, mają zwłaszcza słabość do germańskiej mitologii, ale zdarza im się również przebłysk lepszej mitologii, która nie jest mitem. Przykłady, jakie można by wskazać, dotyczą rzeczy małych, więc zabrzmią dość niepoważnie. Gdybym został wezwany przez Międzynarodowy Trybunał Pokojowy, moje zeznania w obronie Niemiec bardzo rozczarowałyby publiczność, gdyż powiedziałbym: „W Niemczech stworzono taki rodzaj pocztówki bożonarodzeniowej, który jest jedyny na świecie. Ta pocztówka naprawdę łączy naturalną tajemnicę lasu z nadnaturalną tajemnicą choinki, i naprawdę zawiesza Gwiazdę Betlejemską na północnym niebie. Patrząc na najlepsze z tych małych obrazeczków, człowiek ma wrażenie, jakby przyjął sakrament i zarazem jakby był dzieckiem, które usłyszało całą bajkę. I kiedy się w nie wpatruję, tak niezwykłe, pełne barw i niesamowitych świętych goblinów, wiem, że jest w Niemczech coś, co da się kochać i co może nie całkiem jeszcze przepadło”.

Jeśli chodzi o Japonię, zostało mi już tylko tyle miejsca, żeby o niej króciutko napomknąć, ale morał jest taki sam. Publicyści czasem chwalą Japonię za to, że posiada wszystkie cnoty Prus, zupełnie jakby „prusactwo” było określeniem pozytywnym. Kiedyś jednak zdarzyło się, że po tamtej stronie Atlantyku obserwowałem, jak nieduży Japończyk bawi się ze swoimi dziećmi, skośnookimi skrzacikami, i od tej pory nigdy
już nie byłem równie antyjapoński, jak przedtem.


Esej ukazał się w tomie zebranym pt. „Obrona rozumu”, wyd. Fronda 2014.


Poprzednie odcinki:

Na sobotę Chesterton: Cywilizacja kontra kultura

Na sobotę Chesterton: Obskurantyzm reformacji

Na sobotę Chesterton: Wiek rozumu

Średnia ocen
0 z 0 głosów.
Udostępnij przez:

Dodaj komentarz