Andrzej Zapałowski i Leszek Żebrowski o kolejnych wymysłach szefa ukraińskiego IPN

Dr hab. Andrzej Zapałowski i Leszek Żebrowski zdementowali twierdzenia Wołodymyra Wjatrowycza, jakoby tablice na Grobie Nieznanego Żołnierza upamiętniały „czekistów”.

Szef ukraińskiego IPN Wołodymyr Wjatrowycz wysuwając zarzuty wobec treści nowych tablic na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie wykazuje się ignorancją i próbuje odwrócić uwagę od ludobójstwa OUN-UPA – uważają eksperci, z którymi rozmawiały Kresy.pl

Przypomnijmy, że Wjatrowycz skrytykował w czwartek umieszczenie na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie dwóch tablic poświęconych polskim żołnierzom, którzy zginęli w walce z OUN-UPA. Według niego tablice upamiętniają funkcjonariuszy bezpieczeństwa komunistycznego państwa.

Wśród poległych na terenach Polski w walce z ukraińskimi powstańcami najwięcej było przedstawicieli komunistycznej bezpieki. Czyli w Polsce, na państwowym szczeblu, będą honorowani czekiści, w szczególności ci, którzy mają na rękach krew polskich patriotów – napisał Wjatrowycz na Facebooku. Z jego opisu można wnioskować, że chodzi mu o wymienienie na tablicy Birczy w powiecie przemyskim, która była broniona przed UPA przez Wojsko Polskie i milicję.

Kresy.pl poprosiły o opinię historyków dr. hab. Andrzeja Zapałowskiego i Leszka Żebrowskiego o odniesienie się do zarzutów Wjatrowycza. Obaj eksperci nie pozostawili na wypowiedzi szefa ukraińskiego IPN suchej nitki.

Zarówno Zapałowski jak i Żebrowski wskazują, że na terenach zagrożonych przez OUN-UPA w okolicach Birczy panował nieformalny rozejm pomiędzy polskim podziemiem a oddziałami Wojska Polskiego. Co więcej, żołnierze AK i BCh masowo wstępowali do oddziałów milicji po to, by móc dalej bronić swoich miejscowości przed OUN-UPA. W związku z tym nie dochodziło do walk między siłami formalnie podległymi komunistom a polskim podziemiem.

Na tych terenach, które były zagrożone przez UPA, bardzo duża część milicjantów to byli żołnierze AK, BCh i samoobron, którzy w tym czasie wstępowali do milicji dla obrony przed OUN-UPA. – mówi nam dr hab. Andrzej Zapałowski. – Przykład: przez parę miesięcy w całym Lubaczowie cały Urząd Bezpieczeństwa to byli żołnierze oddziałów lwowskich AK, a w powiecie przemyskim większość posterunków milicji składała się z żołnierzy AK i BCh włącznie z tym, że zastępca komendanta milicji w Przemyślu do grudnia 1946 był dowódcą byłych oddziałów odwetowych Batalionów Chłopskich, które walczyły z UPA. – argumentuje Zapałowski.

Podobnego zdania jest specjalista ws. historii polskiego powojennego podziemia niepodległościowego Leszek Żebrowski.

Obroną ludności polskiej przed upowcami zajmowały się lokalne samoobrony, oddziały i struktury polskiego podziemia niepodległościowego, istniejące i działające na tym terenie. W tej obronie brały też udział lokalne posterunki Milicji Obywatelskiej. W niej chroniło się wówczas bardzo wielu miejscowych i przyjezdnych niepodległościowców, wywodzących się m.in. z AK i BCh. Chodziło im o możliwość legalizacji, dostęp do broni i informacji. W terenie istniało coś w postaci nieformalnego zawieszenia broni między posterunkami MO i jednostkami „ludowego” Wojska Polskiego, w którym również było b. wielu żołnierzy, wywodzących się z polskich organizacji niepodległościowych. Dlatego „neutralność”, a czasem nawet ich współdziałanie z formacjami polskiego podziemia były czymś naturalnym i wymuszonym nadrzędnym interesem, czyli chronieniem ludności przed okrutnymi rzeziami. – tłumaczy Żebrowski.

Andrzej Zapałowski wyjaśnia nam, że w specyficznej sytuacji, jaka wytworzyła się w powiecie przemyskim, nie dochodziło do walk Wojska Polskiego z oddziałami polskiego podziemia.

Na terenach powiatu przemyskiego poza aresztowaniami żołnierzy polskiego podziemia przez UB nie było ani jednej walki [WP lub milicji] z polskim podziemiem. (…) Wszyscy zgłosili się do samoobrony, albo współpracowali z milicją – to się nazywało do 1946 roku „milicja pomocnicza”, więc to nie byli funkcjonariusze milicji, lecz tacy, którzy pomagali, bo jedynie w ten sposób można było legalnie posiadać broń i bronić się przed UPA. – wyjaśnia Zapałowski. – Co więcej do lipca 1945 m.in. na terenie pow. przemyskiego stacjonowały bataliony oddziałów leśnych „Warta” spod Lwowa i był oddział partyzancki „Pirata”, właśnie w okolicach Birczy i Krasiczyna, który został w czerwcu 1945 roku koło Dubiecka otoczony przez oddziały 9. Dywizji WP i po prostu dogadano się, że ci partyzanci rozejdą się do domu, żeby nie było walk bratobójczych. Więc absolutnie na tym terenie nie było żadnych walk z polskim podziemiem. – twierdzi historyk, który wymienia liczne przypadki zabicia przez OUN-UPA milicjantów, którzy wcześniej służyli w AK i BCh.

Według Żebrowskiego dopiero gdy zniknęło zagrożenie ze strony OUN-UPA, komuniści oczyścili szeregi milicji z żołnierzy podziemia. Publicysta wskazuje, że w latach 1944-1946 a nawet jeszcze później miejscowe posterunki MO i jednostki LWP były uznawane przez komunistów, ze względu na swój skład osobowy, za niepewne.

Czy oni, czyli obrońcy polskiej ludności cywilnej na tych terenach, mieli krew polskich patriotów na swych rękach? Nie mieli. Gdyby tak było, Wjatrowycz już dawno by to propagandowo wykorzystał. W dodatku często bronili oni miejscowej ludności ukraińskiej przed przemocą ze strony UPA! – wskazuje Żebrowski. Publicysta zauważa także niewłaściwość używania przez szefa ukraińskiego IPN terminu „czekiści” – CzeKa istniała w latach 1917-1922, później instytucje sowieckiej bezpieki wielokrotnie zmieniały formy i nazwy, historyk (ukraiński „kandydat nauk”) powinien wiedzieć przynajmniej tyle. – pisze nam Żebrowski.

Obaj eksperci wskazywali także na fałszywość twierdzeń Wjatrowycza, jakoby na terenach współczesnej Polski większość ofiar z rąk OUN-UPA stanowili „funkcjonariusze bezpieki”. Zarówno Andrzej Zapałowski jak Leszek Żebrowski podkreślali, że bojownicy OUN-UPA mordowali przede wszystkim ludność cywilną, a funkcjonariuszy UB zginęło z ich rąk niewielu.

Obaj nasi rozmówcy nie pozostawili na Wjatrowyczu w związku z jego wystąpieniem suchej nitki. Jeśli Wjatrowycz coś takiego mówi, to znaczy że jest kompletnie nieprzygotowany od strony merytorycznej do takiej dyskusji. – uważa Zapałowski. – Jeżeli to mówi prezes IPN jakiegokolwiek kraju, a nie zna zupełnie źródeł historycznych, to nie można go nazwać inaczej niż idiotą. – nie przebiera w słowach Zapałowski. Zdaniem Żebrowskiego Wjatrowycz jest historykiem „tylko formalnie”, a w rzeczywistości jest „skrajnie ideologicznym propagandystą”, którego działalność szkodzi państwu ukraińskiemu. Skrajnie krzywdząca opinia Wjatrowycza jest fragmentem gry propagandowej środowisk pro-upowskich, aby notorycznie odwracać uwagę od masowych zbrodni ludobójstwa i oskarżać (bezpodstawnie) tych, którzy się temu przeciwstawiali. – twierdzi Leszek Żebrowski.


Za: Kresy.pl

Średnia ocen
0 z 0 głosów.
Udostępnij przez:

Dodaj komentarz