To miał być żart, czyli tegoroczne wybory w Stanach Zjednoczonych

Małgorzata Sożewska-Wirkus, Waszyngton

Tłum stoi nieruchomo. Zastygł w oczekiwaniu na jakąkolwiek dyspozycję – co teraz zrobić? Jesteśmy w Austin, w Teksasie, jest wieczór 8 listopada 2016 roku. Robi się chłodno. Austin jest miastem akademickim, w tłumie przeważają studenci. Kamera telewizyjna najeżdża na ich sylwetki, na ich twarze, w których widać szok, niedowierzanie, rezygnację i łzy. Wyłuskuje dziewczynę, która histerycznie szlocha i powtarza jakby była w transie „to miał być żart… to miał być żart… to miał być żart…” Ale to nie był żart. Jedna noc, jedna ogromna akcja i świat tych młodych ludzi się rozsypał.

Ktoś im wmówił, że wybory zakończą się tylko w jeden właściwy i słuszny sposób. Że głosując na Hillary Clinton, głosują na swoja wspaniałą przyszłość, na przyjaciółkę młodych ludzi, na idolkę kobiet, na pierwszą prezydent-kobietę Stanów Zjednoczonych, na osobę liberalną, obeznaną z prawem, z problemami Ameryki, ze sprawami świata. Ktoś im nie powiedział, że wybory w państwie demokratycznym zakładają możliwość zwycięstwa innego kandydata, nawet takiego, z którego mainstreamowa telewizja i prasa struga żarty od początku do końca walki wyborczej.

W tę jedną noc świat zmienił się dla całej Ameryki. Po latach dzielenia władzy miedzy dwie rodziny, Bushów i Clintonów, Amerykanie powiedzieli „nie!”. Korupcja, lekceważenie ludzi, zadłużanie stanów po uszy, obniżanie poziomu życia klasy średniej, słynna, korupcyjna Fundacja Clintonów, prowadzona po części przez ich córkę i zbierająca miliony zarówno od amerykańskich milionerów jak i zagranicznych darczyńców właściwie bez rozliczania i kontroli, zaczęła ludzi irytować, złościć i dała jasne świadectwo, że Stany odeszły bardzo daleko od zasad „wielkich ojców Ameryki “. W efekcie przyszło lekceważenie władzy i niezadowolenie z prowadzonych wojen, wojen o ropę, o dostęp do dóbr naturalnych i o przewodnictwo nad światem. Wiele osób głosowało na Trumpa tylko dlatego, bo nie był on Hillary Clinton. Świadomość prowadzonych przez USA wojen, na które szli najczęściej młodzi, niewykształceni ludzie i ginęli nie za wprowadzanie demokracji, a za czyjeś niejasne interesy, zaczęła docierać do Amerykanów jako coś bardzo niesprawiedliwego. Młodzi weterani często byli pozostawiani samym sobie, nikt się o nich nie troszczył, szpitale były i są przepełnione młodymi ludźmi, którym nie wiadomo jak pomóc. Wojenna trauma, ich psychiczne i fizyczne rany budzą głęboki sprzeciw Amerykanów, w których świadomości jest tradycja pomagania „rannemu w walce ” za wszelką cenę. Z grona tych osób wiele głosów otrzymał Donald Trump.

Na Trumpa głosowało też dużo młodzieży, nie ci z lewackich uniwersytetów, ale pokolenie zwane „millenials”, to najmłodsze, urodzone na przełomie wieków, które zupełne nie zgadza się z praktyką wielkich korporacji. Ci młodzi ludzie, nauczeni bolesnym doświadczeniem swoich rodziców i znajomych, nie marzą o kupnie domu lub dobrego samochodu, cenią swój czas i nie chcą się zadłużać. To pokolenie interesujące się rozwojem techniki, przychodzce tłumnie na wystawy sprzętu elektronicznego, znające wszystkie nowinki techniczne, szalejące w internecie, fascynujące się robotami i podróżami w kosmos. Pracę, jak mówią to owszem, będą mieli, ale w swojej firmie i na swoich warunkach.

Ku zdumieniu demokratów wielu Latynosów nie głosowało na Hillary Clinton, co John Podesta (szef jej kampanii), uważał za pewnik. Demokraci stracili też wielu czarnoskórych wyborców (duża niespodzianka) oraz wiele głosów kobiet, które zdegustowane skandalami rodziny Clintonów i ich stosunkiem do wiary (można wierzyć lub nie, ale Stany są nadal głęboko religijnym krajem), postanowiły dać temu wyraz. Idea demokratów pełnego zlikwidowania granic z Meksykiem i z Kanadą zupełnie nie trafiała do ludzi, zwłaszcza, że ostatnio zaczęły wychodzić na światło dzienne rozmiary pomocy dla najbiedniejszych. Prawie jedna czwarta Amerykanów dostaje kartki żywnościowe, po otwarciu granic z Meksykiem ilość ta na pewno by wzrosła. Perspektywa raczej nie wesoła.

Uszło jakoś uwagi Demokratom, że Amerykanie są po prostu zmęczeni wojnami prowadzonymi przez administracje Busha i Obamy, nielegalną imigracją, błędami i porażkami w polityce zagranicznej, przenoszeniem miejsc pracy za granicę, groźbą islamskiego terroryzmu, narastającą przestępczością, absurdami poprawności politycznej, obniżaniem zarobków i nieustającą dyskusją na temat prawa posiadania broni palnej, prawa, którego będą bronić za cenę życia. To zmęczenie i niepewność jutra wyrazili w głosowaniu, o którym mówi się teraz w wielu stanach, że było „rewolucją klasy średniej”, i że było krzykiem tych, o których nikt nie myśli, i których zdania nikt nie bierze pod uwagę.

Mieszkam w obrębie Waszyngtonu ponad trzydzieści lat, ale napięcia nocy 8 listopada nie zapomnę. We wszystkich sąsiedzkich domach paliły się światła. Telefon dzwonił często. Ludzie nie dowierzali temu, co słyszeli w radio i co widzieli na ekranach telewizorów. Napięcie i nieukrywane zaskoczenie rosło. Dziennikarze się gubili, podliczenia się nie zgadzały. O 1-ej w nocy Hillary Clinton odwołała pokaz ogni sztucznych w Nowym Jorku i właściwie wszystko już było wiadomo. Tłumy na ulicach podzieliły się na grupy. Jedni skakali z radości, inni zabierali swoje rzeczy i szli do domów. W Białym Domu kompletne zamieszanie. W siedzibie kampanii wyborczej demokratów Podesta znikał i znów się pokazywał, z miną coraz bardziej ponurą. Ktoś przemówienie dla Hillary Clinton musiał przygotować. Wypadło na niego, ale Hillary, która ponoć zasłabła i urządziła histeryczną scenę za kulisami, nie zdecydowała się wyjść do swoich wyborców. Jako przegrany kandydat na prezydenta USA, zrobiła to po raz pierwszy i jej wyborcy na długo to zlekceważenie ich zapamiętają.

„Ktoś“ musiał przewidzieć możliwość przegranej Hillary, bo protesty, ekscesy na ulicach i próby wywołania rozruchów wybuchły już nad ranem w dzień po wyborach i trwały przez jakiś czas. Uczestnicy rozruchów często byli dowożeni autokarami i nie znali topografii miast, gdzie protestowali. Amerykański portal obywatelski daisyluther.com uważał, że akcję protestacyjną organizował George Soros, i że to on chce „podpalić Amerykę”. Płonęły amerykańskie flagi, rzucano kamieniami, obrażano Trumpa i jego wyborców. W Kalifornii grupa płaczących ludzi podpaliła słupy wysokiego napięcia. W Portland zginął w niewyjaśnionych okolicznościach młody człowiek. W Nowym Jorku usiłowano zdejmować tablice z nazwiskiem „Trump” z domów i hoteli, które są jego własnością. Zapachniało zapowiedzią anarchii.

W tym samym czasie Hillary Clinton doszła do siebie i działając zakulisowo usiłowała zmienić wyniki wyborów. Najpierw Jill Stain, szefowa Partii Zielonych zażądała przeliczenia głosów w trzech stanach. Gdy okazało się, że w dwóch stanach wszystko się zgadza, zrezygnowała ze sprawdzania trzeciego. Główne media otrząsnęły się ze zdumienia i ich atak skupił się na ułomnościach charakteru Donalda Trumpa, na jego braku przygotowania do pełnienia szczytnej roli lidera światowego mocarstwa, na jego przewidywanym zbliżenie z Rosją i chęć do izolacji kraju od reszty świata. Niefortunne i bardzo seksistowskie wypowiedzi Trumpa sprzed lat na temat traktowania kobiet szokowały i były powtarzane do znudzenia.

Równolegle zaczęły ukazywać się coraz śmielsze artykuły w niszowej prasie o ogromnych wpływach pieniężnych (także z zagranicy) do Fundacji Clintonów. Ich wysokość przekroczyła dwa miliardy dolarów. Na cele przewidziane statutem Fundacja przeznaczała zaledwie dziesięć procent zebranych pieniędzy. Do dziś dowiadujemy się z niemałym zdziwieniem ile państw płaciło ten haracz bez wiedzy własnych społeczeństw. Film „Clinton Cash” pokazywany na youtube i nakręcony na podstawie książki Petera Schweizera wydanej w 2015 roku powinien dostać Oscara za ilość wyświetleń.

Afera pedofilska ukrywająca się pod nazwą „Pizzagate” skompromitowała kompletnie szefa kampanii Hillary – Davida Johna Podestę, który w odzyskanych przez FBI emailach pisał o obecności na rytuałach satanistycznych, tzw. „spirit cooking “. Spotkania pedofilskie odbywały się ponoć w małej, niepozornej pizzerii znajdującej się na jednej z centralnych ulic Waszyngtonu, Connecticut. Gdy patrzy się na wejście do tej pizzerii, usytuowanej pomiędzy innymi niewielkimi sklepami, wprost niepojęte jest, że działy się tam rzeczy niewyobrażalnie paskudne. Powiązania establishmentu z tą aferą były oczywiste. Jakby tego było za mało, z odzyskanych przez FBI maili i dokumentów wynika, że oboje Clintonowie bywali gośćmi na wyspie „Orgy Island“ położonej na Karaibach i należącej do Jeffreya Epstaina, dokąd dowożono „sex slaves”, czyli dzieci świadczące usługi seksualne. Wiadomości przychodziło tyle i były tak szokujące, że nie tylko, kanał telewizyjny „Fox”, ale i reszta stacji telewizyjnych przerwała milczenie.

Do 19 grudnia, dnia, gdy elektorzy mieli obowiązek przekazania podpisanych przez siebie certyfikatów o decyzji wyborców komitetowi wyborczemu, walka toczyła się o zmianę… intencji wyborców. „New York Times” wydrukował artykuł, w którym republikański elektor z Teksasu, Christopher Suprun, oświadczył bez żenady, że nie przekaże woli wyborców ze względu na złe cechy charakteru Trumpa. Znani artyści i aktorzy wzywali elektorów do zmiany woli wyborców, chociaż każdy uczeń szkoły średniej wie, że elektorzy mają tylko funkcję „techniczną” – zbieranie i przekazanie głosów, a nie komentowanie wyborów. Wyborcy Trumpa zagotowali się ze złości. Jego przeciwnicy zacierali ręce w nadziei, że za Suprunem pójdą inni elektorzy. Nie poszli. 19 grudnia Donald Trump zdobył fotel prezydencki USA 294 głosami elektorskimi. Potrzebne do zwycięstwa było mu tylko 270 głosów. Oficjalne ogłoszenie rezultatów nastąpi 6 stycznia 2017 roku.

Żart stał się prawdą. W czasach, w których żyjemy, zmieniać się będzie wiele. Są to czasy wielkich przemian, przede wszystkim w świadomości ludzkiej. Możliwe, że Trump okaże się kolejnym rozczarowaniem. Przecież on też należy do establishmentu, ale czuje ludzką potrzebę koniecznych, wyczekiwanych zmian. Potrafi rozmawiać ze zwykłymi ludźmi i pracującymi u niego robotnikami, potrafi ich wysłuchać i im doradzić. O tym gazety mainstreamu raczej nie piszą. „Washington Post “ wolał wydrukować opinie CIA o rosyjskich cyberatakach, które miały Trumpowi pomóc w wygraniu wyborów. Informacja poszła w świat i, mimo iż Trump odgryzł się oświadczając, że nie ma dowodów na to, kto takie cyberataki przeprowadził, dorobiono mu twarz miłośnika Putina. FBI odrzuciło oświadczenie CIA i nawet Reuters przyznał, że sprawy zaszły za daleko. Zaraz potem okazało się, że współpracownicy Hillary Clinton utworzyli nową stronę internetową, na której będą się starali dowieść, że Trump jest „winien zagrożeniom, które powinny doprowadzić do impeachmentu “. Żeby było jeszcze ciekawiej i jeszcze śmieszniej (bo trudno zastosować impeachment wobec kogoś, kto jeszcze nie został prezydentem), strona ta została zarejestrowana w… Afganistanie i zaczyna się oświadczeniem, że „Donald Trump is corrupt MF” (gdzie MF oznacza „mother f…” niecenzuralne politycznie słowo). W odpowiedzi „New York Post” opublikował artykuł, z którego wynika, iż przyjaciele Hillary Clinton próbowali „kupić” jej prezydenturę, przekazując na jej konto 1,2 miliarda dotacji. Za tę sumę pani Clinton mogłaby pomóc 1,135,288 syryjskim uchodźcom lub nakarmić 6,5 miliona głodnych dzieci, albo zapłacić za koszty utrzymania rodziny prezydenta Obamy przez cały rok. Ostatnia opublikowana przez Hillary Clinton wiadomość głosi, że Donald Trump doprowadzi do bankructwa Amerykę. W dwa dni później przyszło oświadczenie z Partii Demokratycznej, iż Hillary nie jest brana pod uwagę jako kandydat tej partii na prezydenta w wyborach 2020 roku. Kobieta, której zabrano wieloletnie, marzenia nosi w sobie pragnienie zemsty. Zwłaszcza kobieta urodzona pod znakiem Skorpiona. O Hillary Clinton usłyszymy jeszcze nie raz. Może być bardzo niemiło, gdy sędziowie przyjrzą się dokładnie jej służbowym mailom, wysyłanym z domu, a nie z miejsca pracy.

Tymczasem, nie bez trudności, Donald Trump tworzy swój gabinet. Wie dobrze, że nie jest politykiem a biznesmenem, wie, że nie jest lubiany przez wielki biznes, i że wielu ekonomistów nazywa go „kontrowersyjnym miliarderem”, a nie prezydentem elektem. Musi więc wybrać ludzi, których uważa za lojalnych, i którzy na polityce i ekonomii się znają. Zespołem do spraw przejęcia władzy kieruje Jared Kushner, mąż ukochanej córki Trumpa, Ivanki. Jest to człowiek, którego wielu uważa za kreatora wygranej Trumpa. To on potrafił zmieniać potknięcia Trumpa w sukcesy, on też zapewnił teściowi przychylność nowojorskich, bogatych grup żydowskich. On także czuwa nad tym, aby przejęcie władzy przez nową administrację przebiegło gładko i bez zgrzytów.

Program gospodarczy Trumpa zapowiada politykę, która kwestionuje dominację establishmentu liberalno-lewicowego ale także i tradycyjnego, republikańskiego. Jest w nim mowa o powrocie do handlowego protekcjonizmu, do możliwej rewizji traktatów o wolnym handlu ( NAFTA), o zmianach w systemie podatkowym, które zachęcą amerykańskie przedsiębiorstwa do przeniesienia produkcji z powrotem do Stanów Zjednoczonych. Trump niechętnie patrzy na zalewanie Ameryki towarami chińskimi i oskarża Chiny o manipulowanie kursem juana. Jakieś decyzje w tej sprawie pewnie zostaną podjęte. Republikanie, choć przejęli Izbę Reprezentantów i Senatu za rządów Obamy, nie potrafili się zmobilizować, aby zreformować krytykowaną powszechnie „Obamacare”, nie zrobili nic by powstrzymać niekontrolowaną imigrację i, w dobie globalizmu, jakby zapomnieli o interesie narodowym swego państwa. Trump w swojej politycznej niepoprawności punktuje i prawą i lewą stronę establishmentu. Jest to duże ryzyko, ale on widzi w tym szanse dla swego kraju. „America First!głosi hasło z którym wygrał wybory.

Ludzie wybrani do gabinetu Trumpa, którzy zostali zatwierdzeni przez Senat, to republikanka Kelyanne Conway, prawniczka i doradczyni Trumpa w czasie całej kampanii wyborczej. Będzie doradczynią prezydenta w Białym Domu z możliwością częstego dostępu do Trumpa.

Doradcą do spraw bezpieczeństwa kraju, skupiającym się na zwalczaniu terroryzmu i na bezpieczeństwie USA (pozycja równoległa do doradcy bezpieczeństwa narodowego) został Thomas P. Bossert, były główny doradca bezpieczeństwa Georga Busha, prowadzący firmę konsultingową w Waszyngtonie, członek instytutu badawczego Atlantic Council, gdzie zajmuje się cyber-bezpieczeństwem i analizowaniem możliwości ewentualnych przyszłych cyberataków. Profesor Peter Navarro z University of California, który posiada doktorat z uniwersytetu Harvarda, jest jedynym wysoko ocenianym ekonomistą w zespole Trumpa. Jest także wieloletnim krytykiem polityki ekonomicznej Chin. W nowej administracji dostał nowo utworzone stanowisko. Został dyrektorem handlu i polityki industrialnej. Kolejną nową pozycję w administracji objął wieloletni przyjaciel Trumpa, Carl Icahn, w czasie kampanii prezydenckiej ekonomiczny doradca Trumpa. Jego majątek jest wart kilka miliardów dolarów a on sam jako uznany inwestor, przez lata kupował duże pakiety udziałów w różnych kompaniach, po czym wymuszał zmiany prawne i organizacyjne, korzystne dla udziałowców. Otrzymał stanowisko specjalnego doradcy do zmian regulacyjnych i będzie nadzorował obiecane przez prezydenta zmiany i ułatwienia, usprawniające działanie biznesu.

Zatwierdzenia Senatu wymaga jeszcze część członków gabinetu Trumpa. Jest wśród nich Rex Tillerson, prezes korporacji paliwowej Exxon Mobil, którego Trump wybrał na sekretarza stanu. Tillerson to przeciwnik sankcji wymierzonych w Rosję, posiadający bliskie związki z Władimirem Putinem, który nagrodził Tillersona Orderem Przyjaźni za „wielki wkład w rozwój i umacnianie współpracy z Federacją Rosyjską”. Sekretarzem handlu ma zostać Wilbur Ross, inwestor, którego fortunę ocenia się na 2,9 miliardów dolarów, którego firma zajmuje się przejmowaniem i restrukturyzacją przedsiębiorstw w stanie upadłości. Ross oświadczył niedawno, że Stany Zjednoczone „muszą się uwolnić z bandaża złych umów handlowych” i zagroził Chinom nałożeniem taryf celnych. Andrew F. Puzder jest kandydaturą na stanowisko sekretarza pracy. Krytykował od dawna Obamę za politykę wobec pracowników i sam, jako prezes CKE Restaurants, był krytykowany za łamanie praw pracowniczych. Będzie odpowiedzialny za dotrzymanie obietnicy Trumpa dotyczącej zlikwidowania wielu zarządzeń Obamy dotyczących zatrudniania większej ilości pracowników federalnych niż w rzeczywistości potrzeba. Jest przeciwnikiem ustanawiania płacy minimalnej i płatnych zwolnień lekarskich. Sekretarzem energetyki zostanie Rick Perry, były gubernator Teksasu i członek zarządu Energy Transfer Partners, największej korporacji energetycznej w Stanach Zjednoczonych. Będzie on miedzy innymi nadzorował arsenał broni nuklearnej USA.

Na sekretarza transportu została mianowana Elaine Chao, która w administracji Georga Busha przez osiem lat pełniła funkcję sekretarza pracy. Pani Chao, która jest żoną republikańskiego senatora Mitch’a McConnela, będzie się zajmowała wypełnieniem kolejnej wyborczej obietnicy Trumpa, czyli wyliczeniem i dopilnowaniem wydatków na infrastrukturę, na przebudowę dróg, mostów i portów lotniczych. Z Goldman Sachs znalazł się w nowej administracji dyrektor operacyjny banku, Gary Cohn, który został szefem rady gospodarczej przy prezydencie.

Miliarderka Betsy DeVos ma sie zająć edukacją i szkolnictwem. Nie jest tajemnicą, iż preferuje ona prywatyzację szkolnictwa. Sekretarzem obrony ma zostać emerytowany generał James Mattis, który prowadził dywizję Marines do Bagdadu w czasie inwazji na Irak w 2003 roku i stał na czele amerykańskiego centrum dowodzenia w latach 2010-2013. Generał jest przeciwnikiem dwóch inicjatyw Obamy – oddziałów integrujących kobiety z mężczyznami w walkach przeciwko Państwu Islamskiemu i zezwalaniu żołnierzom na otwarte przyznawanie się do transgender. Prawdopodobnie obie te inicjatywy Obamy zostaną wkrótce zlikwidowane.

Jasno więc widać, na jakim zespole Donald Trump będzie się opierał. Weterani rządów Busha i ludzie o ogromnych pieniądzach i wpływach stworzą podstawę jego administracji. Szukałam osób czarnoskórych wśród administracji Trumpa. Znalazłam jednego, Bena Carsona, byłego neurochirurga i w przeszłości kandydata na prezydenta, który został sekretarzem HUD, czyli będzie nadzorował prawo dotyczące urbanizacji i dostępnego dla wszystkich obywateli budownictwa. Zajmie się także ubezpieczeniem budynków mieszkalnych. Wczoraj doszła jeszcze jedna czarnoskóra pracownica, Omarosa Menigault, która pracowała w przeszłości w biurze vice prezydenta, Ala Gore’a. Będzie w Białym Domu pełniła funkcję „public liaison”, czyli osoby zajmującej się dobrymi kontaktami z wizytującymi Biały Dom osobami.

Nie wszyscy Amerykanie są zadowoleni z nominacji Trumpa. Niektórzy zalecają „oby- watelskie nieposłuszeństwo”, czego ani Komisja Etyki, ani Senacka Komisja Zatwierdzająca nie biorą poważnie. Obie te komisje maja pełne ręce roboty, bo wiele z nominowanych osób znanych jest raczej w biznesie, finansach czy handlu niż w polityce. Termin 20 stycznia zbliża się nieuchronnie, członkowie Komisji Etyki narzekają na brak czasu, a bez ich zatwierdzenia nominowanej osoby Komisja Senacka nie może przesłuchiwać kandydatów i ich zatwierdzać. Jest wśród nominacji jeszcze niezatwierdzonych Sen. Jeff Sessions (republikanin z Alabamy), na którego czeka kluczowe stanowisko Prokuratora Generalnego („attorney general”). O wadze tej nominacji pisać nie trzeba!

Mimo nagłego ataku zimy, wiatru i śniegu, które potrafią kompletnie sparaliżować Waszyngton, organizacje liberalne postanowiły wykorzystać weekend inauguracji do zmobilizowania swoich lewicowych aktywistów do zademonstrowania niechęci do nowego prezydenta. Jak twierdzi Bhaskar Sunkara, wydawca „Jacobin magazin“ – „oczekujemy wielu tysięcy ludzi, socjalistów, prawników, obrońców praw człowieka, którzy się zbiorą w całodziennym proteście w Waszyngtonie”. Waszyngtońska organizacja „planowania rodziny“ wydaje „różowy bal“ w przeddzień inauguracji, jako część imprez organizowanych przez satyryków i komediantów w całym kraju od wspólnym hasłem „What a joke!” ( Co za żart!).

Po zaprzysiężeniu na Kapitolu nowy prezydent zgodnie ze starą tradycją powinien przemaszerować Pensylvania Avenue od Kapitolu do Białego Domu. Przejście to ma swoją nazwę – Presidential Parade. Przed wejściem do Białego Domu została zbudowana specjalna trybuna dla zaproszonych gości. Wiele zależy od pogody, ale należy się spodziewać, że wzdłuż tej długiej trasy obstawionej po obu stronach przez mur policjantów i ludzi z ochrony, będą stali zwolennicy i przeciwnicy Trumpa. Wzdłuż tej alei mieszczą się ogromne muzea Smithsonian, wysokie budynki administracji państwowej i znane hotele jak Trump International, Willard i Marriott. Ich wysokie dachy, jak zawsze w czasie takich uroczystości, będą kryły snajperów. Podobno, jako osoba bardzo rodzinna, Donald Trump chce zabrać na swoje triumfalne przejście najbliższe mu osoby. Mimo ochrony ponad 50 ochroniarzy (jak mówi plotka), sugerowałabym mu raczej samotny sprint niż spacer. Zobaczymy, co zwycięży, rozsądek czy duma.

Trump kompletuje swój zespół będąc w swojej posiadłości w Miami na Florydzie. Przestrzeń powietrzna nad jego wieżowcem w Nowym Jorku, gdzie mieszka i ma swoje biura została zaliczony przez FBI do strefy, nad którą nie można latać samolotom. Z Florydy więc dochodzą różne plotki i wiadomości, miedzy innymi ta, że Trump zamierza zatrudnić byłego sekretarza stanu w administracji prezydenta Nixona, Henry’ego Kissingera, jako doradcę do spraw polityki zagranicznej. Przez wielu zaliczany do grona morderców wojennych za poczynania w Indochinach, przez wielu także gloryfikowany za swoją wiedzę i umiejętność przewidywania wydarzeń światowych, Kissinger uważał, po podróżach Nixona do Chin, że w dalszej perspektywie to Chiny a nie Rosja stanowią największe zagrożenie dla USA. Nie jest tajemnicą iż Kissinger uznaje jako rzecz najważniejszą równowagę światową, a nie demokrację czy prawa człowieka. Zaleca uznanie zwierzchności Rosji w położonych na południowym zachodzie dawnych republikach ZSRR od Białorusi i Ukrainy przez Gruzję i Kazachstan. A więc właściwie pod względem politycznym przyznaje Rosji jako strefę wpływów terytorium między Polską i krajami bałtyckimi a Iranem, Afganistanem i Chinami. No i dochodzimy do sprawy dla nas najważniejszej – polityki Donalda Trumpa wobec Polski. Hillary Clinton nigdy nie miała czasu, żeby spotkać się z przedstawicielami Polonii. Trump zrobił to dwa razy. Zna historię Polski, wie o naszych wojennych i powojennych zmaganiach. Wie także, co znaczą słowa „za wolność naszą i waszą“. 28 września spotkał się z przedstawicielami Kongresu Polonii Amerykańskiej w Chicago i tam zapadła decyzja o stworzeniu Polsko-Amerykańskiej Rady Doradczej. Tym razem współpracowała ona bezpośrednio ze sztabem wyborczym Donalda Trumpa. Na przewodniczącą Rady Doradczej wybrano dr Łucję Świątkowski-Cannon. Jednym z wiceprzewodniczących został Jerzy Bogdziewicz, prezes Kongresu Polonii Amerykańskiej na Florydzie, który 24 października uczestniczył w prywatnym spotkaniu z Trumpem na pokładzie jego samolotu na lotnisku w West Palm Beach. Na tym spotkaniu, poza burmistrzem Nowego Jorku Rudym Giulianim i Johnem Pughe było jeszcze troje innych przedstawicieli Polonii.

Rozmawiano dużo dłużej niż pozwolił na to rozkład dnia Trumpa. Zapytany, czy Polonia i Polacy mogą na niego liczyć po wygranych wyborach, Donald Trump odpowiedział: „Gdy zostanę prezydentem, USA będą wspierały Polskę w stu procentach. A do społeczności polsko- amerykańskiej w naszym kraju mam jeden przekaz: nie zawiedziecie się!”


Artykuł ukazał się w miesięczniku społeczno-politycznym Polityka Polska nr 11-12/2016.

Udostępnij przez:

Średnia ocen
0 z 0 głosów.

Dodaj komentarz