Czy wolno mieczem nawracać na demokrację?

Autor: Romuald Starosielec

W latach 1414-1418 na soborze w Konstancji za sprawą polskiej delegacji rozgorzał spór o metody nawracania pogan.  Ksiądz Paweł Włodkowic, zebranej tam ówczesnej europejskiej elicie, postawił pytanie; czy wolno mieczem nawracać na wiarę? Długotrwała i żarliwa dyskusja, jaka wtedy rozgorzała, przyniosła chwalebne dla Polski i Europy rozstrzygnięcie. Najwybitniejsze umysły tamtej epoki uznały, że nie wolno narzucać wiary przemocą, kładąc tym samym kres akceptacji dla barbarzyńskich praktyk Zakonu Krzyżackiego. Dziś świat Zachodu stanął wobec problemu podobnej miary; najsilniejsze państwa, będące naszymi sojusznikami uznały, że mogą siłą zmuszać inne narody i państwa do przyjmowania ustroju liberalnej demokracji. W imię hasła szerzenia demokracji podejmują działania będące w istocie ukrytą agresją lub jawną wojną wobec państw, które przynależąc do innego kręgu cywilizacyjnego, nie chcą przyjmować obcych im zasad. Zastanówmy się; czy prezydent Andrzej Duda przemawiając niedawno na forum ogólnym ONZ nie powinien, zamiast szermowania terminami „prawo i demokracja”, zapytać odważnie naszych zachodnich sojuszników; czy wolno „mieczem” nawracać na demokrację?

PERMANENTNA WOJNA O DEMOKRACJĘ

Jest to pytanie dla naszej przyszłości fundamentalne, nic bowiem bardziej na arenie międzynarodowej nie obnaża dzisiejszego ideowego i moralnego upadku Zachodu, jak podejmowane od kilkudziesięciu lat próby narzucenia pozostałej części świata doktryny „liberalnej demokracji”. Sztandar „walki o demokrację” stał się dziś parawanem dla ideologicznej i ekonomicznej agresji na inne państwa i narody, nie mającej nic wspólnego z oficjalnie głoszonymi hasłami. Dawniejszy imperializm był mniej cyniczny, narzucał obcym swą władzę posługując się hasłami „misji cywilizacyjnej”, bądź zasadą „stref wpływu”. Imperializm dzisiejszy posługuje się ideologią, wyrosłą nie na gruncie naturalnego ścierania się  prądów umysłowych, rywalizacji różnych wizji ładu międzynarodowego, lecz wyhodowaną w laboratoriach społecznej manipulacji. Ideolodzy tego nurtu uznali, że utrzymanie supremacji Zachodu nad światem wymaga społecznej mobilizacji i emocjonalnego zaangażowania mas wokół idei, która uzasadni ideologiczną, gospodarczą i militarną agresją. Tak powstało hasło „walki o demokrację”, które należy wcielać w życie na każdym kroku i za każdą cenę.

Współcześni ideolodzy „walki o demokrację” wywodzą się z pokolenia młodzieżowej kontrkultury lat 60-tych ubiegłego wieku. Swoje młodzieńcze ideały ogólnoludzkiego braterstwa, świata bez przemocy i wojen zamienili na działania, które poprzez „eksport demokracji” mają uszczęśliwić ludzkość nawet wbrew jej woli. Jednak największe wpływy wśród tych ideologów uzyskali byli lewicowi radykałowie, którzy bardzo szybko porzucili trockistowskie hasło „permanentnej rewolucji” na rzecz zasady „permanentnej walki o demokrację”. Grupa ta określana mianem „neokonserwatystów” zdobyła olbrzymi wpływ na politykę amerykańską. Przeniosła jednak sekciarską mentalność i rewolucyjnego ducha walki ze sfery marginalnego ruchu społecznego na politykę globalnego mocarstwa. Ostatnie trzy dziesięciolecia polityki Stanów Zjednoczonych są naznaczone tym stylem politycznego myślenia i, co gorsza, politycznego działania. Rozpoczęła się również bardzo niebezpieczna ewolucja systemu demokratycznego w samej Ameryce. Podważone zostały zasady klasycznego amerykańskiego konserwatyzmu, który od samego zarania oparty był na oddolnym samoorganizowaniu się społeczeństwa. Obecny system polityczny państwa został zdominowany przez rozrastającą się biurokrację, która odgórnie narzuca nowe wartości i zasady społeczne w relacjach wewnętrznych, których celem jest „stworzenie nowego społeczeństwa”. Biurokracja ta jest obecnie również kreatorem i narzędziem zideologizowanej, zbrojnej agresji na inne państwa, które zostały wskazane w sposób arbitralny jako niedemokratyczne.

Destrukcję, jaką niesie „permanentna walka o demokrację”, widać doskonale na przykładzie wojen rozpętanych w Serbii, Afganistanie, Iraku, Libii, Syrii a ostatnio także na Ukrainie. System ustroju społecznego oraz państwowego w każdym z tych krajów opierał się na zgoła odmiennych fundamentach, odwoływał się do innych wartości cywilizacyjnych, inne są w nich tradycje mentalne, socjalne, społeczne i kulturowe. Przy tak różnorodnych uwarunkowaniach, przyjęte założenie, że narzucony przemocą z zewnątrz jednolity, stworzony w kompletnie innych warunkach, system liberalnej demokracji może przyczynić się do rozwoju tych państw, jest niebezpieczną utopią. Efekty działań mających wcielić tę utopię w życie, mamy prawo określić jako polityczną zbrodnię. Zdawać by się mogło, że kreatorzy demokracji, po fiasku wojen w Afganistanie i Iraku, zrewidują swą strategię, uznają swe błędy i wycofają się z dalszych wojen w imię szerzenia demokracji. Jeżeli tego nie zrobili, to widać wyraźnie, że to nie troska o demokrację czy prawa człowieka była imperatywem ich działań.

Biurokratyczna partia wojny dzieli świat na kraje „dobre” i „złe” według arbitralnych, nieobiektywnych kryteriów. Tym „złym” państwem została uznana Syria – kraj, który w regionie Bliskiego Wschodu przodował w tolerancji religijnej a społeczeństwo jest mentalnie i kulturowo najbliższe europejskiemu, natomiast Arabia Saudyjska, ze swą radykalną, wahabicką odmianą islamu, rządzona przez absolutystycznych władców, jest uznawana za kraj „dobry”. Rezultat „walki o demokrację w Syrii” jest znany; 400 tysięcy zabitych oraz 9 milionów błąkającym się po kraju i świecie ludzi, którym zrujnowano domy. Jaki rezultat przyniosła „wojna o demokrację na Ukrainie”? Kilkanaście tysięcy zabitych, zmiana jednego systemu oligarchicznego na inny, zrujnowana gospodarka, masowe ubóstwo, exodus mieszkańców za chlebem i powszechna nienawiść społeczna i narodowościowa.

DEMOKRACJA JAKO PARAWAN

Mimo tak porażających rezultatów doktryna „walki o demokrację” nadal obowiązuje w świecie Zachodu. Nie widać wobec tej doktryny żadnych znaczących głosów sprzeciwu ze strony mediów, ośrodków myśli, kościołów czy klasy politycznej. Należy przy tym zauważyć, słaby i niejednoznaczny głos sprzeciwu środowisk lewicowych, który jednak szybko ginie pod pseudopatriotyczną retoryką przedstawicieli partii wojny, przedstawiających swych adwersarzy jako „niepatriotyczną lewicę”. Obowiązuje nadal w świecie Zachodu fałszywa zasada, że „tylko demokracje mogą być pokojowe”. Ta swoista sakralizacja demokracji sieje intelektualne  spustoszenie w środowiskach, które ponoszą odpowiedzialność za przyszłość kulturową i cywilizacyjną Zachodu. Demokracja, jakkolwiek byśmy ją definiowali, nie jest już bowiem dla nich jedną z wielu możliwych form ustroju społecznego, lecz staje się „treścią moralną”, ostatecznym celem działań i wysiłków człowieka. Stąd już krok do uznania za moralny i sprawiedliwy każdy osąd parlamentu, który uzyska arytmetyczną większość. Pojęcie „dyktatury większości” zostało usunięte poza obieg debat publicznych. Prawda obiektywna, prawa natury i wynikające z niej prawa jednostki, rodziny i wspólnot mają dzisiaj prawo do istnienia o tyle tylko, o ile uzyska aprobatę większości.

Jest sprawą oczywistą, że tak pojmowana demokracja jest nie tylko niezrozumiała dla  pozaeuropejskich społeczeństw i narodów, jest ona postrzegana przede wszystkim jako wyraz upadku cywilizacyjnego i duchowego Zachodu. Jest ona uznawana za śmiertelne zagrożenie, któremu należy się przeciwstawić. Nieskuteczność i tragiczne konsekwencje „wojny o demokrację” są dziś oczywiste, nie są natomiast zrozumiałe motywy, jakimi kierują się elity polityczne Zachodu, wcielając z uporem w życie tę doktrynę. Będąc świadome wszystkich barier ograniczających możliwość zaszczepienia liberalnej demokracji u innych jednak ją forsują – w dwóch celach. Pierwszym jest zdobycie władzy lub dominacji ekonomicznej, politycznej czy medialnej. Drugim jest wywołanie chaosu, osłabienie państwa, znaczącej redukcji jego aktualnego potencjału lub też wyniszczającej, długotrwałej wojny domowej. Zarządzanie kryzysem (crisis management)  stało się w stosunkach międzynarodowych nową formą realizacji imperialistycznych interesów bez jakiegokolwiek liczenia się z interesami podbijanych państw.

Do realizacji tej zbrodniczej koncepcji potrzebna była idea uzasadniająca wszystkie późniejsze działania. „Wojna o demokrację” stała się tym uzasadnieniem. Demokracja dla globalistów już dawno przestała być sztandarem, stała się wygodnym parawanem, za którym skrywa się faktyczne cele agresji. Próbowano nawet wprowadzić do publicznego obiegu jeszcze jeden termin – „oświecony interwencjonizm”. Termin się nie przyjął, lecz doskonale on obrazuje strategię globalistycznej klasy politycznej. Z jednej strony klasa ta sankcjonuje w stosunkach międzynarodowych interwencję, czyli otwartą przemoc wobec suwerennych państw, z drugiej natomiast ustala, że prawo do takich interwencji przysługuje tylko wybranym. Interweniować mogą tylko „oświeceni” a kryteria, według których są wybierani pozostają niejasne i całkowicie arbitralne. Rodzi to niezwykle groźne konsekwencje w stosunkach międzynarodowych i dzieli państwa na kategorie: uprzywilejowane, tj. te które są godne realizować misję „oświeconego interwencjonizmu” i pozostałe – które nie mogą dostąpić tego zaszczytu. Co więcej, te drugie są coraz częściej wpisywane na listę tych, które z uwagi na „łamanie praw człowieka” i autorytarne rządy mogą stać się obiektami interwencji w ramach „wojny o demokrację”.

PRAWO NARODÓW DO SAMOSTANOWIENIA?

W śród wielu patologii wyrosłych w stosunkach międzynarodowych ostatnich kilkudziesięciu lat miejsce czołowe zajmuje marginalizacja prawa narodów do samostanowienia. Był to fundament, który kształtował mapę Europy po I wojnie światowej. Prawo to dotyczyło nie tylko prawa narodu do własnego państwa, lecz rozciągało się również na prawo narodu do takiego kształtowania ustroju własnego państwa, jaki jego obywatele uznają dla siebie za najlepszy. Otóż prawo to zostało w całości podważone. To zrodziło kolejne pole do ideologicznej i politycznej agresji „oświeconej” części elit politycznych świata zachodniego. Zagadnienie to wykracza daleko poza sferę walki o władzę, stosowanych technik społecznej manipulacji czy ogłuszającej racjonalne myślenie wojny informacyjnej. Dzisiejsze elity polityczne, będąc otwartymi na wprowadzanie multikulturalizmu we własnych społeczeństwach, będąc nawet często jego bezpośrednimi rozsadnikami, na arenie międzynarodowej, gdzie różnorodność kulturowa jest naturalnym wytworem wielowiekowej pracy pokoleń, stają się dogmatycznymi wyznawcami zdefiniowanej arbitralnie doktryny „walki o demokrację”. Uzewnętrznia się tu cała hipokryzja elit. Nie są one w stanie zrozumieć i zaakceptować różnorodności świata, jego niepowtarzalnego piękna objawiającego się w ilości kultur, języków, obyczajów, systemów wartości i form ustrojowych życia zbiorowego. Ich dążenie do ideologicznej unifikacji, do poddania tak różnorodnego świata we władzę globalistycznych grup interesów, stanowi dziś najpoważniejsze wyzwanie dla spokoju społecznego i pokojowego współistnienia państw i narodów.

Podstawą zdrowych stosunków międzynarodowych jest uznanie zasady prawa narodów do samostanowienia, w tym prawa do kształtowania swojego ustroju politycznego zgodnego z własną tradycją oraz efektami i rezultatami wewnętrznej rywalizacji o władzę. Nie wszystkie ustroje państw pozaeuropejskich, przeszłe i obecne, są zgodne z naszym oczekiwaniem. Wiele z nich jest przeciwieństwem tego, co my uznajemy za zdrowe i słuszne. Jednak narzucanie siłą zachodnich rozwiązań w ramach „walki o demokrację” wywołuje niemal zawsze skutki odwrotne od zamierzonych. Rodzi się naturalny opór przeciwko narzucanym z zewnątrz, niezrozumiałym systemom politycznym, rozpoczyna się  walka z agresorem, która często kończy się wyniszczającą wojną kolonialną lub domową.

Skutkiem konfliktów wywoływanych przez zachodnie mocarstwa jest zjawisko terroryzmu. Terroryzm nie jest przyczyną agresji i wojen, lecz ich skutkiem. Zdumiewająca jest beztroska, jaka cechuje zachodnie rządy, ośrodki polityki i media, które walczą nie z przyczyną terroryzmu, lecz jego skutkami, eskalując konflikt do takiego poziomu, że zagraża on, z uwagi na ilość mieszkających tu muzułmanów, pokojowi społecznemu samej Europy. Tym sposobem obok „permanentnej walki o demokrację” pozwoliliśmy na stworzenie systemu „permanentnej walki z terroryzmem”, której owocem jest eskalacja terroryzmu w skali światowej.

KLUCZOWE PYTANIE

Pytanie czy wolno nawracać mieczem na demokrację, jest dziś pytaniem kluczowym dla świata Zachodu. Koncentruje się w nim to, co stanowi o jego słabości. Tylko człowiek słaby duchowo i prymitywny moralnie nawraca mieczem. Człowiek mocny w swych przekonaniach, opartych na trwałym fundamencie łacińskiej cywilizacji, człowiek mający ambicję przekonywać do swoich wartości innych, nie dobywa miecza. Nawraca słowem, czynem, przykładem, przekonuje trwałością stworzonych przez siebie instytucji mających służyć dobru wspólnemu, atrakcyjnością swojej kultury i głębią życia duchowego. Przekonuje klarownym i trwałym systemem norm moralnych, ładem stosunków społecznych i ekonomicznych opartych na poszanowaniu godności i indywidualizmu każdego człowieka. Przekonuje faktyczną równością wobec prawa, tworzeniem równych warunków dla intelektualnego, duchowego i ekonomicznego rozwoju, każdego członka wspólnoty narodowej. Przekonuje w końcu swym doskonale funkcjonującym państwem, które posiada tylko tyle prerogatyw, ile wolni obywatele są mu gotowi użyczyć, państwem zorganizowanym wyłącznie dla ochrony praw obywateli i ich obrony przed agresją z zewnątrz.

Człowiek spoza tak rozumianej wspólnoty może przyjąć te wartości dobrowolnie, bez wyciągania przez nas miecza. Tylko dobrowolne i świadome przystąpienie do tej wspólnoty może być trwałe, pożyteczne i twórcze. Oczywiście, ma prawo tych wartości nie przyjąć i żyć według własnych przekonań. Jeżeli to robi we własnej ojczyźnie, nie możemy mu tych praw odbierać, ponieważ wynikają one i samej istoty przyrodzonych mu praw naturalnych. Tym bardziej nie wolno nam nawracać go mieczem.

Jesteśmy, jako Polacy, depozytariuszami cywilizacji łacińskiej, jesteśmy spadkobiercami tradycji wolnościowych Rzeczpospolitej, dlatego mamy prawo domagać się, aby nasz prezydent, wzorem księdza Pawła Włodkowica, postawił przed naszymi zachodnimi sojusznikami proste pytanie; czy wolno mieczem nawracać na demokrację?


Autor jest redaktorem naczelnym Polityki Polskiej

Artykuł ukazał się w miesięczniku społeczno-politycznym Polityka Polska nr 4/2016.

Średnia ocen
0 z 0 głosów.
Udostępnij przez:

Dodaj komentarz